Zawodowy czy polityczny?

O strajku nauczycieli mówiono już od pewnego czasu. Kilka dni po akcji, emocje wciąż nie opadły, niełatwo je wszak ostudzić, kiedy dyskusja dotyczy oświaty. Likwidacja gimnazjów oraz towarzyszące jej procesy przekształcania placówek stały się faktem i pracownikom szkolnictwa nie pozostaje nic innego, jak zaakceptować nowy porządek prawny i pewnym krokiem przejść przez proces zmian. Zadaniem szkoły – poza celami zdefiniowanymi w statucie – jest przygotowanie ucznia do dorosłości i życia w społeczeństwie. Tymczasem mechanizmy działania tej arcyważnej instytucji przypominają młodzieńcze przepychanki na boisku szkolnym.

W każdej klasie można wyróżnić kilka typów osobowości. Wśród uczniów spotkać można gwiazdę-lidera, buntownika, lizusa, kujona, outsidera… Praktyka pedagogiczna z pewnością pozwala wyodrębnić szerszą gamę charakterów biorąc pod uwagę rozmaite kryteria: od uczniowskich stosunków towarzyskich, po relacje rodzinne, stosunek do rówieśników czy – przede wszystkim – do nauczycieli. Wspomniane role mogą mieć charakter płynny. W okresie dojrzewania nietrudno z nadgorliwego kujona przejść w fazę zbuntowanej gwiazdy opuszczającej zajęcia, popalającej papierosy za salą gimnastyczną (innych grzechów nie pamiętam, ale żałuję). Uznanie rówieśników często bierze górę nad zdrowym rozsądkiem, który usiłuje podpowiedzieć, że nie jest to najlepsza droga do uzyskania promocji do następnej klasy. „Łatka” szkolnego zawadiaki może towarzyszyć uczniowi do końca edukacji, choćby zdołał poprawić wszystkie oceny i diametralnie zmienić stosunek do obowiązków. „Nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę” – jak napisał Gombrowicz, stąd też okres dojrzewania bywa naznaczony burzliwą przemianą i, niestety, nie zawsze jest to przemiana szlachetna na miarę Jacka Soplicy.

Nie jest to jednak tekst o romantycznych metamorfozach postaci. Wprowadzając przestrzeń szkolnego boiska oraz figury gwiazdy-lidera, lizusa oraz buntownika chciałam w uproszczony sposób odzwierciedlić sytuację na polskiej scenie politycznej, a dokładnie w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Scenka rodzajowa jest prosta: gwiazda-lider wymyśla reformę, lizus ją podpisuje, a buntownik próbuje odwrócić jej tragiczne skutki, więc wszczyna protest. Ocena dwóch pierwszych postaci jest kwestią dobrego smaku: jeśli ten tekst ma mieć przesłanie, nie chcę spłycać go satyryczną narracją o najważniejszych postaciach partii, którą wybrał naród. Chciałabym całą uwagę poświęcić nauczycielom-buntownikom i tym, którzy się nie zbuntowali.

Gdzie byłeś, nauczycielu?

Mówimy o szkole, więc jako polonistka chętnie posłużę się kolejnym przykładem literackim. Myśląc o buntownikach w literaturze, jako pierwszy wyłania się obraz Prometeusza, który nie godził się na to, by stworzony przez niego człowiek był słabszy od tytanów, dlatego wykradł ogień z rydwanu Heliosa, by tchnąć w człowieka boską moc. Zrobił to wbrew woli Zeusa, który skradziony żywioł uznawał za atrybut przeznaczony wyłącznie dla bogów. Prometeusz dodatkowo nauczył ludzi przetapiać metale, gotować jedzenie, uprawiać rolę, kuć zbroje, budować domy, czytać, pisać i ujarzmiać siły przyrody.

Nasz mitologiczny bohater uchodzi za wzór pedagoga i dydaktyka. Narażony na nieprzychylność bogów całym sobą zaangażował się w dzieło na rzecz edukacji człowieka oraz jego wzrastania w sile. Spotkała go za to okrutna kara: został przywiązany do skał Kaukazu. Każdego ranka przybywał do niego sęp (lub orzeł Ethon, jak opisują inne podania), aby wyjadać mu wątrobę. Od męki tej wyzwolił go dopiero Herakles, który zabił ptaka z łuku.

Zastanawiam się, gdzie się podział prometeizm nauczycieli. Nie chodzi mi o wstrzymanie się od strajku w ostatnim dniu marca, choć fakty są bezlitosne. Protest bardziej zaszkodził nauczycielom niż ich wspomógł. Jak wynika z danych Związku Nauczycielstwa Polskiego wzięło w nim udział ok. 40% szkół. Ministerstwo Edukacji Narodowej podaje, że było to ok. 11%. Rozbieżności mogą wynikać z faktu, że MEN bierze pod uwagę, szkoły, których działalność na jeden dzień została całkowicie sparaliżowana, a ZNP te, w których ktokolwiek strajkował. W ostatecznym rozrachunku wychodzi na to, że największy nauczycielski związek nie jest wstanie przeciwstawić się władzy. Władzę mamy bowiem dość autorytarną i, niestety, oporną na głos ludu, któremu bezdyskusyjnie należy się przywilej konsultacji społecznych z udziałem niezależnych ekspertów. Jak pokazują doświadczenia ostatnich miesięcy, coraz więcej grup strajkuje domagając się nie tyle realizacji postulatów, co przede wszystkim jakiegokolwiek otwartego dialogu między władzą a społeczeństwem w kluczowych dla obywateli sprawach.

Źródło: www.portalsamorzodowy.pl

Zawodowy czy polityczny?

Do sedna. Chciałabym wierzyć, że u podstaw strajku leży szlachetny bunt i opór, który ma sens i czemuś służy, którego owocem jest realizacja wysuwanych postulatów. Piszę ten tekst jako mieszkanka Poznania, gdzie idea strajku ma szczególne znaczenie, a czerwiec 1956 roku przeszedł do historii jako symbol największego oporu przeciw komunistycznej władzy. 28 czerwca 1956 roku o godzinie 6.30 zakładowe syreny dały znak do rozpoczęcia protestu. Robotnicy odeszli od swoich stanowisk i ruszyli pod siedziby Miejskiej Rady Narodowej i Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Do protestujących dołączyli się pracownicy innych zakładów. Demonstranci śpiewali po drodze hymn narodowy, „Rotę” i pieśni religijne, między innymi „Boże, coś Polskę” ze znamiennym wersem „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Pojawiły się biało-czerwone sztandary i transparenty z postulatami ekonomicznymi np. „Żądamy podwyżki płac”, „Chcemy chleba”, „Jesteśmy głodni”, „My chcemy wolności”, czy „Precz z czerwoną burżuazją”. Zgromadzony na placu Józefa Stalina (dzisiejszy plac Adama Mickiewicza) tłum liczył około 100 tysięcy osób.

Trudno w tym miejscu przejść obojętnie obok genezy Związku Nauczycielstwa Polskiego. Organizacja powstała jeszcze w okresie międzywojennym i od początku nie stroniła od wpływów ideologicznych. Jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej ZNP był oceniany jako środowisko znacznie lewicujące, sympatyzujące z ideologią komunistyczną, co miało swoje odbicie w wydawanych almanachach związkowych.

Istotny był okres komunizmu. Związek, początkowo deklarujący się jako apolityczny, z biegiem czasu zamienił się w narzędzie ideologizacji szkoły. Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć list do generalissimusa wystosowany przez Zarząd Główny ZNP, podpisany przez sekretarza generalnego Związku Eustachego Kuroczkę oraz przez prezesa Wojciecha Pokorę (za: Prof. Mieczysław Ryba, W okowach ideologii. Korzenie Związku Nauczycielstwa Polskiego [w:] Nasz Dziennik, 30 listopada 2016):

„Drogi Nauczycielu! My nauczyciele i pracownicy oświatowi Polski Ludowej, zrzeszeni w Związku Nauczycielstwa Polskiego, w dniu Twoich Urodzin ślemy Ci z głębi serca gorące pozdrowienia. (…) pragniemy Ci wyrazić wdzięczność, iż dzięki nieugiętej Twej woli, która poprowadziła naród radziecki do zwycięstwa nad faszyzmem, Ojczyzna nasza odzyskała wolność i mogła wstąpić na szeroki socjalistyczny szlak. Twój trud i Twoją pracę oceniają z wdzięcznością setki milionów prostych ludzi na świecie (…) Szczęściem jest dla nas, nauczycieli polskich, że w trudnej pracy wychowawczej możemy czerpać w pełni niezawodne wskazania z wielkiego Twego życia i Twej twórczości naukowej. Czerpiemy naukę i wskazania z wielkich doświadczeń szkolnictwa radzieckiego, któremu poświęcasz tyle uwagi i troski. (…) dołożyliśmy sił, by wychowywać nasze młode pokolenie w duchu najgłębszej przyjaźni z narodami Związku Radzieckiego i ofiarnej walki o pokój i socjalizm.”

Trudno oprzeć się wrażeniu, że nauczyciele zostali 31 marca trochę wykorzystani. Oficjalnie strajkowano bowiem w dwóch celach: podwyżka pensji oraz zagwarantowanie zatrudnienia w dobie wygaszania i przekształcania gimnazjów w inne typy szkół. W rzeczywistości okazuje się to jednak przekłamaniem. Pracodawcą dla nauczyciela jest dyrektor szkoły – to on decyduje, kto pracuje, a kto nie. Minister nie ma możliwości prawnych rozszerzonych o zagwarantowanie etatu nauczycielom, nie ma wpływu na liczbę szkół, oddziałów i klas, bo te dyktowane są przede wszystkim przez czynniki demograficzne.

W kwestii podwyżki pensji nauczycielskich mylący jest termin protestu. Gdyby faktycznym celem było zwiększenie zarobków, strajkowano by raczej jesienią, kiedy ostatecznie tworzy się budżet. Wczesna wiosna jawi się tu raczej jako okres sprzyjający negocjacjom i wysuwania strajku jako oręża, które zostanie użyte wówczas, kiedy pertraktacje nie przyniosą zadowalających efektów. Był to więc strajk przeciwko reformie, wymierzony bezpośrednio w jej autorów. O słuszności odejścia od dotychczasowego modelu szkolnictwa będzie można mówić dopiero po paru latach od wdrożenia nowych podstaw programowych.

„O człowieku! choćby wszystko było stracone – ocal przynajmniej swą godność!”

Powyższymi słowami z opowiadania Tadeusza Micińskiego o znamiennym dla tematu tytule „Nauczycielka”, chciałabym zakończyć tę refleksję, choć nie jest to temat, który wyczerpuje się w jeden wieczór. W strajku przeciwko reformie zabrakło najważniejszego postulatu: o przywrócenie tej profesji godności. Kiedyś nauczyciel to był autorytet, a kształcenie uchodziło za wartość, której się nie traci. Powstawały Związki Filomatów, wykładano na Tajnych Kompletach, a korepetycje były wyrazem chęci poszerzania własnych horyzontów. Dzisiaj korepetycje kojarzą się raczej z rozpaczliwym nadganianiem zaległości, przyswajaniem materiału zazwyczaj za późno i za szybko, kiedy nad uczniem rozpościera się widmo nieotrzymania promocji do następnej klasy.

Dzisiaj zawód nauczyciela bywa wyśmiewany. Praca z młodzieżą – często tak bardzo utalentowaną! – została okrzyknięta mianem „użerania się z dzieciakami”. Tematem na osobną dyskusję jest kwestia szacunku młodych ludzi do osób od siebie starszych. Warto jednak zatrzymać się przy ich rodzicach. W ostatnich dniach na internetowych forach często czytałam, że w szkołach pracują darmozjady, którym należy odebrać świadczenia, obniżyć pensję, wydłużyć wymiar godzin, a na każdą formę protestu reagować kneblem wpychanym głęboko w usta.

Boję się reformy, bo niezwykle trudno jest zaprowadzić nowy porządek w starym bałaganie, a ten w szkole panuje od dawna. Póki co z rozważań wyłania się smutny obraz instytucji, która rządzi się prawami ustalanymi podczas boiskowej przepychanki między liderem, lizusem a błaznem. Między tę grupę czasem wedrze się nadgorliwy kujon z nowym projektem ustawy, szybko utemperowany przez buntownika. Co się stało z naszą klasą?

Przeczytaj jeszcze