Teatr lalek

Po wczorajszej debacie kandydatów na prezydenta trudno oprzeć się wrażeniu, że swoją formułą przypominała ona słynny teleturniej „Jeden z dziesięciu”. A może wypadałoby jednak zagrać w „Najsłabsze ogniwo”?

Odnoszę wrażenie, że adresatem każdej wypowiedzi wcale nie był wyborca, a nieobecny w studiu telewizyjnej „Jedynki” aktualnie urzędujący prezydent Bronisław Komorowski. Polityczne wagary można traktować w dwojaki sposób. Spotkania takie, jak wczorajsze, są zwykłą farsą, które mają dać namiastkę kulturalnej merytorycznej dyskusji stwarzając w obywatelu poczucie, że ktoś interesuje się jego sprawami. Komorowski na debatę nie przyszedł pokazując, że jest ponadto. No właśnie – ponad co? Ponad innych kandydatów czy ponad codzienne bolączki przeciętnego Kowalskiego?

Można dyskutować o tym, co wypada, a co należy i idąc tym tokiem myślenia każdy z kandydatów powinien wziąć udział w tego typu przedsięwzięciu. Patrząc jednak na wynik spotkania, nie otrzymaliśmy żadnych konkretów. Wszyscy uczestnicy chcą zmienić Konstytucję, uleczyć armię czy opiekę medyczną. Nietuzinkowe postaci: Janusz Palikot, Paweł Kukiz, Janusz Korwin-Mikke Andrzej Duda oraz Magdalena Ogórek miały zapewnić dobry telewizyjny show. Nie było jednak ani kontrowersyjnie, ani dyplomatycznie. Debata prezydencka 2015 przypominała raczej szkolny konkurs recytatorski niż starcie wysokiej klasy polityków.

Kandydaci z zaangażowaniem siedmioletniego dziecka podczas szkolnego apelu na cześć Konstytucji wygłaszali swoje przygotowane wcześniej hasła. Jak na szkolną akademię przystało, jedni byli przygotowani lepiej, drudzy gorzej. Andrzej Duda, który z szarmanckim uśmiechem powtarzał te same hasła o wieku emerytalnym i służbie medycznej, Janusz Korwin-Mikke atakujący media rzekomo go niezauważające, Magdalena Ogórek powołująca się na konkretne zapisy konstytucyjne oraz Paweł Kukiz nie do końca poradny i wielce zaskoczony, kiedy – mimo wcześniej ustalonej kolejności – wywołano go do tablicy. Smaczku dodawała religijna retoryka Grzegorza Brauna, który z niesamowitą lekkością wtrącał różne powiedzonka oraz wygimnastykowane dłonie Janusza Palikota, który ze wszystkich mów najlepiej opanował mowę ciała. Reszta kandydatów przepadła jakby niezauważona, nie zapominając jedynie o kandydacie Demokracji Bezpośredniej Pawle Tanajno, który wnioskował o podzielenie czasu nieobecnego Komorowskiego między kandydatów zgromadzonych w studiu. Cóż. Mądrej głowie dość po słowie…

Wisienką na przedwyborczym torcie była postać Mariana Kowalskiego, który chce być głosem „młodych chłopaków pomordowanych na stadionach”. Odniosłam wrażenie, że garnitur zbyt mocno opinał mięśnie tego kulturysty i przy najdrobniejszym ruchu rozerwałby się w szwach. Nie było jednak żadnych ruchów, a przy takich kandydatach – zorientowanych przecież nie tylko politycznie – liczyłam na dobre show. Improwizowany występ muzyczny Kukiza? Demonstracja siły Kowalskiego? A może fallistyczny atrybut przyniesiony przez Janusza Palikota lub przynajmniej atrapa broni, którą skierowałby w przeciwnika Janusz Korwin-Mikke? Ostatecznie można było też liczyć na to, że Magdalena Ogórek pokaże biust. Internauci obiecali jej na najsłynniejszym portalu społecznościowym, że wówczas oddadzą na nią swój głos. Wśród nich znalazł się także poseł SLD, Stanisław Wziątek, który niby przypadkowo zadeklarował swój udział w wydarzeniu. Nic takiego się nie wydarzyło. Oglądaliśmy dziesięć sztywnych lalek mechanicznie dobierających słowa i gesty, zapewne wcześniej ustalane ze specjalistami od wizerunku.

Liczę na to, że wyborca nie jest idiotą, i że wyuczone gesty oraz wyższych lub niższych lotów sztuczki retoryczne nie mają wpływu na wybór. Wczorajsza debata nie wyłoniła zdecydowanego faworyta. Prowadzący ją Krzysztof Ziemiec wykazał się czujnością i opanowaniem, kiedy trzeba było poprawiać któregoś z uczestników. Sprawnie też przerywał wypowiedzi kolejnych mówców strzegąc czasu przeznaczonego na każde wystąpienie. Te wywody nie były jednak głosem w debacie. Bardziej przypominały bowiem exposé, opowieść o szklanych domach, które ktoś ze sztabu zbuduje. Słusznie zauważył jeden z komentatorów: wczorajszy wieczór można podsumować hasłem: „Jest tak, a powinno być inaczej”. Jak? Ano, zagłosujcie, to powiem, bo wiem, bo znam się na tym (jak Jacek Wilk mówiąc o ustawie VAT).

Zespół Lady Pank w 1985 roku śpiewał w „Sztuce latania”:

Ostatni krzyk, łabędzia nuta
I dalej nic w teatrze lalek.
Ogólnie mówiąc – life is brutal
Poza tym wszystko doskonale.

Słowa te można odnieść do obecnej sytuacji na polskiej scenie politycznej. Dzieje się źle, ale life is brutal, taki mamy klimat. Bo tutaj jest, jak jest. Po prostu.

Przeczytaj jeszcze