Spotted: Idioted

spoted
fot. mamcin.com
Dawno temu na Facebooku i innych portalach społecznościowych pojawiła się moda na poszukiwanie osób, które wpadły nam w oko lub w jakiś inny szczególny sposób zwróciły uwagę, lecz kontakt się urwał. Z pomocą wychodzą strony typu Spotted. Zaczęło się od rozglądania za tajemniczym nieznajomym z uczelni, który przemknął przed nami w bibliotece lub nieznajomej, która wkuwając łacinę zajadała się spaghetti w stołówce. Obszar poszukiwań szybko rozszerzył się na komunikację miejską, kluby, a nawet całe ulice. Ogarnęła nas mania poszukiwania. 

Standardowo najwięcej ogłoszeń typu: Szukam pani, która w minioną sobotę przechodziła na pasach obok Biedronki pojawia się po weekendach. Jest to czas poimprezowego kaca i przypominania sobie, jak minęły dwa ostatnie dni tygodnia. Często oprócz nieznajomych z dyskoteki poszukuje się także zagubionych telefonów, portfeli i tabletów. Skupię się jednak wyłącznie na przedziwnym pierwiastku ludzkim.

Przeglądanie tego typu stron sprawia, że zaczynam wątpić w możliwości człowieka, który z definicji jest istotą społeczną. O ile jestem w stanie pojąć barierę nieśmiałości, która przyczynia się do publikowania postów rozpoczynających akcję poszukiwawczą, o tyle nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu tego typu postów:
„Cześć. Mam do Was wszystkich pytanko, znacie bardzo przystojnego fryzjera z salonu XXX na ulicy Bukowskiej? Ma na imię Szymon. Pomóżcie mi się z nim skontaktować ;p jest taki słodki ;p piszcie w komentarzach jeśli ktoś zna Wielkie dzieki za pomoc. Pozdro”

Czego chcieć więcej? Znasz miejsce pracy z dokładnością co do ulicy, znasz imię, profesję. Cholera, idź do niego i po prostu skorzystaj z usług! Fryzjerskich, oczywiście…
Może żyję w nieco wyidealizowanym świecie, ale wychodzę z założenia, że jeśli ktoś się komuś podoba, to wystarczy podejść, użyć aparatu gębowego i zapytać. O godzinę, numer sali, wykładowcę lub przystanek, w przypadku Spotted z komunikacji miejskiej. Znam sytuacje, w których numer telefonu, GG albo innego tworu komunikacyjnego zapisywano na serwetkach lub chusteczkach. Nie, nie było to w filmie, a w autobusie. Nie pojmuję, jak można przetańczyć z kimś pięć piosenek, spić kilka piwek, w międzyczasie zapytać o imię i nie wziąć numeru. A może wziąłeś numer, ale zgubiłeś telefon i na Spotted do zapisu Szukam Pani, wysokiej blondynki w ciemnej kurtce dodasz: przy okazji, gdyby ktoś znalazł niebieską Nokię Lumię czekam na kontakt. Lajkujcie, komentujcie, udostępniajcie.

Na szczęście, dla równowagi pojawiają się strony typu Hejted. Jeśli nie jest to Twój pierwszy raz w Internecie, z pewnością wiesz, że każdy szanujący się Internauta musi czasem rzucić jakimś hejtem, aby ulżyć sobie w codziennym życiu. Obiektów hejtowania jest mnóstwo: można hejtować cały żywot, jego miłosną odsłonę, relacje damsko-męskie oraz tak trywialne sprawy jak obsługa w McDonald’s, automaty z kawą czy sygnalizacje świetlne. Ja dla odmiany hejtuję jasne fonty na jasnym tle używane przez trzynastoletnie blogerki oraz wykładowców, którzy przychodzą na konsultacje spóźnieni. I rzeczywistość od razu staje się łatwiejsza.

Miałam rozbudowany pomysł na tego posta, ale chyba nie dam rady dłużej rozważać nad anty-fenomenami zachowań człowieka. Doceniam sieć jako alternatywę dla budowania relacji międzyludzkich, ale z niepokojem przyglądam się temu, jak staje się ona pierwszym, jeśli nie jedynym miejscem spotkania. Dajcie spokój z tymi internetowymi poszukiwaniami i zagadujcie nieznajomych. Nawet nie wiecie, ile jest prawdy w poznawaniu nowych ludzi. A Spotted? Naprawdę wierzycie, że odnajdziecie nieznajomego z imprezy, na której było 300 osób? 
Na lewo i na prawo – co nowego?

Przeczytaj jeszcze