Siostro, nie śpiewaj!

Siostra Cristina Scuccia podbiła serca widzów i internautów za sprawą brawurowego wykonania piosenki „No one” z repertuaru Alicii Keys w programie „The voice of Italy”. Entuzjazm nowych fanów rozrywkowej siostry zakonnej podziela także Watykan. Jako dobrzy szafarze różnorakiej łaski Bożej służcie sobie nawzajem tym darem, jaki każdy otrzymał”. 

Tym właśnie zdaniem z listu św. Piotra kard. Gianfranco Ravasi skomentował wystąpienie na swoim Twitterze. Oczywiście znaleźli się również tacy, dla których show było swego rodzaju profanacją. Nie dziwi chyba fakt, że podobnego zdania jest publicystka związana z katolickim portalem „Fronda”.
 
Maria Stępień, autorka artykułu, „My nieświęcie oburzeni” wyraża swoje głębokie zdumienie faktem, że włoska zakonnica wzięła udział w popularnym programie talent show. Ale to nie wszystko…
Dziennikarka, używając poetyki roli (bo tak chyba należy nazwać zabieg, w którym ktoś przybiera rolę całej masy ludzkiej) wciela się w rolę każdego widza i twierdzi, że ten powinien intuicyjnie wyczuć, że scena nie jest najlepszym środowiskiem dla osoby konsekrowanej. Sam fakt, że narzuca jedyną słuszną wizję, budzi moje zastrzeżenia. Jako odbiorca tego występu miałam odczucia zupełnie odmienne. Uważam, że chrześcijanin powinien nieść radosne przesłanie gdzie tylko to możliwe. Habit nie przekreśla drogi do tego, by robić to na estradzie. Co więcej, staje się on nową-śpiewaną Ewangelią, która przyciąga ze względu na swoją niespotykaną formułę.
Zastrzeżenia publicystyki budzi także repertuar, który wybrała zakonnica. Widocznie piosenka „No one” kojarzy jej się wyłącznie z relacjami damsko-męskimi. Tymczasem analizując tekst możemy wytropić alternatywną, zupełnie inną interpretacje. Słowa: That it will only get better You and me together through the days and nights. I don’t worry ‘coz. Everythings gonna be alright (Ty i ja razem dniami i nocami. Nie martwię się, bo wszystko będzie dobrze) wcale nie muszą odnosić się do bliskości dwóch zakochanych w sobie osób, a relacji człowieka z Panem Bogiem. Nie byłaby to pierwsza tego typu konstrukcja literacka. Podobną możemy odnaleźć w… Biblii. Przypomnijmy sobie „Pieśń nad pieśniami”. Utwór składający się z segmentów opisuje piękną miłość Oblubieńca i Oblubienicy. Interpretacje tego dzieła są różne. Ze względu na motywy weselne możemy przypuszczać, że jest to dialog dwóch małżonków. Inne źródła podają, że w Pieśni opisano relację łączącą Stwórcę z Najświętszą Maryją Panną. Jest jednak również taka interpretacja, według której Oblubienicą jest Kościół Nowego Testamentu – każdy jego członek, ludzkość odkupiona i powołana do miłości z Bogiem. Czy zatem siostra śpiewająca o tym, że nic nie jest w stanie stanąć na drodze jej miłości (w domyśle: do Boga, bo przecież jako osoba konsekrowana pozostaje w celibacie) nie jest pięknym świadectwem wiary?
Maria Stępień łaskawie daje zakonnicy szansę uwielbiania Boga w ten sposób. Zamyka ją jednak w murach klasztoru i surowo zaznacza, że tam jest jej miejsce, bo tam nie musi być jej najgłośniej słychać. Sądząc po reakcji koleżanek ze zgromadzenia, wcale nie obraziłyby się, gdyby to Cristina była najgłośniejsza podczas śpiewanych nabożeństw. Wiernie towarzyszyły jej one za sceną i nie ukrywały radości z pozytywnego werdyktu jury.
Fronda jednak wie lepiej. Określa ten występ jako groteskowe antyświadectwo bliskie grzechowi. Pamiętam z lekcji religii oraz telewizyjnych programów o zbliżonej tematyce piosenkę „Chrześcijanin tańczy, tańczy, tańczy, tańczy” czy: „Jak Dawid, jak Dawid, jak Dawid śpiewać chcę”. I chyba w tym momencie właśnie nabrałam podejrzeń do swojego dzieciństwa. Od lat uważam, że wierzący tym powinien różnić się od poszukującego lub niewierzącego, że jego miłość do stworzenia aż sama wychodzi z ust i to w muzycznej formie. Nie ma „przepisów”, które określałyby metrum, tempo oraz dopuszczalne dźwięki, za pomocą których można wielbić Pana. Inna sprawa: siostra Cristina nie zrobiła tego w kaplicy, tylko tam, gdzie jest miejsce muzyki rozrywkowej – na scenie. Nie doszło więc do profanacji. Myślę, że wydarzenie to stawia Kościół i Wspólnoty zakonne w bardzo pozytywnym świetle. Czytając i słuchając świadectw zakonnic dowiedziałam się, że są zgromadzenia, w których życie codzienne przebiega pod bardzo zaostrzonym rygorem. Siostry muszą pisać podanie o zakup podpasek podczas menstruacji, a niedyspozycja ta nie wyklucza ich z wykonywania powszednich – czasem bardzo ciężkich – obowiązków. Dość wspomnieć o ograniczeniach związanych z kontaktem z rodziną. Są klasztory, w których dopuszcza się ograniczoną ilość listów. Te zaś najpierw często przechodzą przez ręce przełożonej. Czy więc okoliczność, w której młoda utalentowana kobieta, która swe życie w pełni poświęciła Bogu, „dostaje pozwolenie” na występ w telewizji, zasługuje na tak wielką falę krytyki? Może więc warto, aby publicyści przeciwni siostrze zaczęli drukować partytury, które wyraźnie zaznaczą, jakie piosenki można śpiewać chwaląc Pana.

Przeczytaj jeszcze