Polska pięć lat później

Pamiętam, że pięć lat temu była sobota, a ja siedziałam w kuchni przy śniadaniu. Z pokoju rodziców dobiegały dźwięki telewizora. Nie pamiętam, czy był to poranny serwis informacyjny, czy może program śniadaniowy. To nie było ważne. 10 kwietnia 2010 roku około godziny dziewiątej czasu polskiego świat stanął w miejscu, a wszystkie stacje radiowe i telewizyjne nadawały ten sam komunikat. Rozbił się samolot z Prezydentem.

Polskie media początkowo prześcigały się w podawaniu niesprawdzonych informacji. Kto by przejmował się prawdą w chwili, kiedy wszyscy obywatele z niedowierzaniem sięgają po pilot? Tutaj liczy się umiejętność zatrzymania widza jak najdłużej na swojej stacji. Wierząc, że to, o czym mówią w telewizji, to niskich lotów żart, włączyłam komputer. Niektóre witryny mówiły o niegroźnej awarii silnika samolotu, inne natomiast, że są ofiary, jednak Para Prezydencka została uratowana. W obliczu dysonansu: radio swoje, telewizja swoje, polski Internet swoje, sprawdziłam nawet witryny zagranicznych agencji informacyjnych. Jeśli dobrze pamiętam, Reuter był najdokładniejszy. Wkrótce potwierdził się najczarniejszy scenariusz. Cała załoga Tupolewa zginęła w katastrofie.

Czarne wstążki w prawym górnym rogu ekranu, czarno-biała oprawa graficzna stron internetowych, muzyka poważna w radiu – wszystko to składało się na niezwykle ponury obraz tej nieszczęsnej soboty. Kiedy napływały do nas niepozostawiające złudzeń i nadziei doniesienia ze Smoleńska, zadzwoniła do mnie koleżanka. – Nie lubiłam go, ale i tak w to nie wierzę i nawet jest mi żal. – Kogo? – zapytałam. W katastrofie, w której ginie blisko sto osób żałujemy tylko głowy Państwa? A co z pozostałymi „kończynami” organizmu państwowego, które znajdowały się na pokładzie? Ostatecznie: do czego jest potrzebny żal nad zmarłymi? Płaczcie raczej nad sobą, oto nadejdą dni straszne.

Straszne dni niewątpliwie mogły nadejść. Po katastrofie smoleńskiej, w której zginęli reprezentanci najistotniejszych dla obronności kraju resortów oraz innych administracyjnie ważnych organów, znaleźliśmy się w sytuacji dziecka rzuconego wilkom na pożarcie. A gdyby ktoś najechał? Gdyby wybuchła wojna? Takie pytania pojawiały się w dyskursie publicznym. Naród polski długo jednak utrzymywał się w melancholii porównywalnej do chocholego tańca z „Wesela” Wyspiańskiego. Nie ustępowały żałobne pieśni, wzruszające obrazy i wspomnienia o zmarłych, z największym oczywiście uwzględnieniem Ś.P. Lecha i Marii Kaczyńskich. Szybko zaczęto mówić o męczeństwie Polskiego Prezydenta, a do polskiej mitologii współczesnej dołączyła kolejna historia: o spisku, zamachu, agresji i terroryzmie bliżej niezidentyfikowanej opozycji.

Znaczna część Polaków wierzy w zamach. Fot. wiadomosci.gazeta.pl
Znaczna część Polaków wierzy w zamach. Fot. wiadomosci.gazeta.pl

Debatę na temat przyczyn tragedii przerwała na chwilę kwestia pochówku. Padło na Wawel – miejsce historycznie ważne dla Polaków, skutecznie ilustrujące wspominaną przeze mnie mitologię. Dodam, że jest to egzemplarz wyjątkowo bogato ilustrowany. Są tam Wadowice, a w nich dawna cukiernia Hagenhubera, gdzie Karol Wojtyła chodził na kremówki po maturze. Jest też Wielka Krokiew, gdzie Adam Małysz „Niemca pokonał”, płot, przez który skakał Lech Wałęsa w 1980 roku. Nieco mniejsze obrazki pokazują księdza Popiełuszkę, polski triumf na Wembley oraz Justynę Kowalczyk. Ta ostatnia bohaterka znajduje się na najmniejszej fotografii, bo pokonała zaledwie Norweżki, a nie – wzorem Adama Małysza – reprezentanta Niemiec albo chociaż Rosji. Ten mit nie pasuje do wizji całej antologii, w której to Polak po latach odkupuje dawne poniżenia i historyczne krzywdy i dziś z dumą leje niemieckich i ruskich. Oczywiście, tylko w sporcie.

Jaka jest Polska po pięciu latach od tragicznego wypadku? Można odnieść wrażenie, że chochoł nie zakończył jeszcze swojego koncertu na cymbałach. Korowód posuwa się wkoło, nie zmierza do żadnego celu, jest tylko powtarzaniem pustych gestów i figur. Na polskiej scenie politycznej mamy wyznawców ideologii zamachowej, której protoplastą jest Antoni Macierewicz. Mamy brata zmarłego prezydenta, który gotów jest poświęcić bieżące cele i potrzeby kraju na rzecz rozwikłania tajemnicy sprzed pięciu lat. Ostatnimi czasy światło dzienne ujrzały doniesienia o stenogramie z kokpitu Tu-154. Nowy dokument Naczelnej Prokuratury Wojskowej stał się niejako kamienieniem rzuconym do – można by rzec – stosunkowo spokojnej już wody. Rzekomo przy nowym odczycie materiału wdrożono nowocześniejszą technologię, która umożliwiła dokładniejszy odsłuch. Nagrania te pozwalają konkludować, że winę za katastrofę ponosi generał Błasik. Jednocześnie też wymienia się współwinnych: kontrolerów, którzy źle przygotowali lot, pilotów, gdzieś wybrzmiewają jeszcze już mniej śmiałe głosy o brzozie i tajemniczej mgle. Zaraz, to nie było zamachu?

Autorzy medialnych spekulacji zapomnieli chyba, że w katastrofie smoleńskiej NIE zginęły rodziny ofiar. Tym samym, żona po tragicznie zmarłym generalne – Ewa Błasik – otrzymała na święta dawkę nowych doniesień o mężu, którego uznaje się odpowiedzialnym za upadek samolotu. Inni zwrócili uwagę na zaskakującą zbieżność opublikowania nowych stenogramów zaledwie na kilka dni przed kolejną rocznicą katastrofy. Polska przez pięć lat nie odrobiła ważnej lekcji. Na pierwszym planie ciągle znajduje się historia, cokolwiek tragiczna, ale jednak historia. Mit zamykający serię utworów tego gatunku wciąż nie powstaje, bo nadal poszukuje się puszki Pandory, która niespodziewanie eksplodowała 10 kwietna 2010 roku.

Przeczytaj jeszcze

  • Tobiasz Maciejewski

    Niestety, Droga Joanno, nie piszesz prawdy. Twój artykuł jest mocno nacechowany jednak stronniczością. Przykre to…