O mamusi, co synusia hodowała

„Gazeta Wyborcza” kolejny raz opublikowała list, który jest trochę jak kamień wrzucony do głębokiej wody – niby trafia na dno, a jednak wzburza, wywołuje konkretne reakcje. Oczywiście, mówiąc: dno nie mam na myśli poziomu intelektualnego czytelników Wyborczej. Bliższe wydają się terminy: grunt, grono odbiorcze. I właśnie o taką przestrzeń semantyczną mi chodziło, o taki „tłum, który tłumi i tłumaczy” jak u Barańczaka.

Nadawcą jest Pani Olga z Łodzi, która porusza temat współczesnego mężczyzny, choć w kontekście całego listu słowo „mężczyzna” jest określeniem bardzo na wyrost. Co ciekawe, winą za niedociągnięcia dzisiejszych dwudziestoparoletnich chłopców obarcza… Matki Polki. Według autorki to one same produkują facetów-kaleki, którzy są narażeni na śmierć głodową, podczas gdy mamusi nie ma w pobliżu, a żona leży na porodówce lub wyjechała w służbową podróż. I nagle wszyscy (a przynajmniej przeważająca część komentujących) dopomina się o… gender?

Nadawczyni listu uważa, że chorobliwa matczyna i babcina miłość zatruwa współczesne związki oraz opóźnia wejście w dorosłość. Przedstawia przy tym przerażające sceny z życia partnerskiego, kiedy to facet siedział z wywalonym jęzorem przed komputerem grając w Counter Strike’a, a mamusia na bieżąco dostarczała mu zupkę, kotlecik i soczek, nie zapominając o budyniu. W tym samym czasie na kanapie siedziała jego osamotniona dziewczyna, która z nudów przeglądała stare numery Focusa.

Ta sama dziewczyna, prawdopodobnie niczego jeszcze nieświadoma, proponuje chłopcu wspólne życie w wynajmowanym mieszkaniu. I tutaj zaczynają się schody, bo okazuje się, że podłogę trzeba umyć, kotlecik, zupkę i budyń przygotować, wcześniej płacąc w sklepie za składniki, a brudne ubrania same nie teleportują się do kosza. Brzmi strasznie, prawda?

Dalej autorka pisze: Chłopiec więc o obowiązkach w swoim nowym domu szybko zapomina, wkurzając się tylko na wiecznie podirytowaną i sfrustrowaną towarzyszkę życia, którą w zasadzie ostatecznie zawsze można zmienić, a w międzyczasie wrócić na łono rodziny i zasmakować znów w pełni matczynej miłości. W obliczu tego typu problemów, wspominanie o ekonomicznych aspektach funkcjonowania związku jest tylko formalnością. W ostateczności takie relacje się kończą lub są przedłużane na siłę. I rośnie wtedy taki chłopaczyna, który zmartwychwstaje (czyt. odchodzi od komputera) tylko na okoliczność niedzielnego obiadku u mamusi.

Nie o to jednak chodzi, by oceniać związek Sfrustrowanej z Niedojdą. Założenie, że wszystkiemu winne są mamy jest ciekawe, zwłaszcza w obliczu tezy, że każdy ma swój rozum. Jeszcze ciekawsze okazały się jednak opinie internautów pod tekstem. Zdecydowana większość opowiada się za wychowaniem „na wszelki wypadek”. W praktyce oznacza to, że każdy chłopiec powinien w dzieciństwie nauczyć się, jak przetrwać w kuchni na wypadek, gdyby żony nie było, zaś każda dziewczynka nie powinna stronić od drobnych napraw sprzętu użytku codziennego – lub chociaż mieć świadomość, kogo należy wówczas wezwać, a czego pod żadnym pozorem nie robić.

Nie byłoby w tym wszystkim nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszystko, o czym piszą komentujący to nic innego, jak elementy genderyzmu, o którym tak głośno i tak jadowicie w ostatnich miesiącach. Dopiero w takich warunkach można dostrzec zalety kontrowersyjnego nurtu. I dopiero teraz ja, autorka tego tekstu, pierwszy raz z pełną świadomością i odpowiedzialnością mówię: jestem zwolenniczką gender. Nie chodzi mi jednak o ten cały kabaret, który powstał wokół zagadnienia. Żadnych korzyści nie widzę bowiem w zakładaniu chłopcom sukienek, malowaniu ich twarzy oraz kupowaniu różowych młotków do zabawy. Nie oszukujmy się: to są rzeczy małe i głupie i to właśnie przez nie powstała cała afera wokół gender, bo gdy dochodzi do karmienia dzieci niezdrową ideologią (a takie idiotyczne zachowania sprowadzają naukę do ideologii), że nie ma różnic między dziewczynką a chłopcem, to wiedz, że coś się dzieje i nie jest to dobre.

Pomijam kwestie związane z planami nauczania dzieci masturbacji, bo wystarczy dwa razy przeczytać to na głos, by dostrzec absurdalność i niedorzeczność tego typu praktyk. Chciałam jednak zwrócić uwagę na to, że gender to nie odejście od naturalnego porządku świata (a więc niekwestionowanie biologicznych uwarunkowań fizjologicznych) a jedynie nowe spojrzenie na stereotypowe role płciowe. To właśnie złe pojmowanie ról płciowych (że miejsce kobiety jest w kuchni i pomiędzy stertami brudnych ubrań w pokoju) stwarza różne napięcia w związkach. Rodzą się niezdrowe przekonania, że obiad, pranie i porządek to zadania przeznaczone tylko i wyłącznie dla płci pięknej.

Nie chcę odgórnie i jednoznacznie rozstrzygać pewnych kwestii. Pragnę jednak zwrócić uwagę na to, że jest gender dobry i gender zły, lub że nie taki gender straszny, jak go malują, piszą i krzyczą. List Pani Olgi jest bardzo trafny, jednak nie do końca przekonuje mnie obarczanie winą jedynie matek. Bo gdzie był ojciec, podczas gdy mamusia zagłaskiwała synusia na śmierć przynosząc mu pod nos kotleciki, zupki, soczki i budynie?

Przeczytaj jeszcze