Grzeszna przyjemność?

W ubiegłą niedzielę (jak co tydzień zresztą) udałam się do kościoła celebrować Siódmy Dzień Tygodnia. Była to dla mnie niedziela wyjątkowa, jako że czekała mnie przeprowadzka, więc możliwe, że była to dla mnie ostatnia wizyta w poznańskiej parafii X. Chciałoby się w takiej sytuacji całkowitego uświęcenia dnia, jednak moje pragnienie spaliło się na panewce za sprawą niezbyt nastrajającego kazania.

Chciałam nie wspominać o fakcie, że na początku Eucharystii duszpasterz zamotał się w intencjach mszalnych i w ten sposób zamiast modlić się o Daniela w 11. rocznicę urodzin, modliliśmy się za niego w 11. rocznicę śmierci… Błędy są przywilejem gatunku ludzkiego, dlatego pomyłka została powtórzona również pod koniec mszy. Nie chcę się czepiać – sama nie tak dawno pomyliłam się o dwadzieścia lat w kwestii twórczości Elizy Orzeszkowej, czym chyba zepsułam jej pomysł na percepcję powstania styczniowego. Na szczęście – naprowadzona na słuszną drogę – szybko poprawiłam faux pas, podobnie jak wspomniany ksiądz przerażony głośnym westchnieniem zdegustowania, który przeszedł przez całą świątynię. Nie to jest jednak przedmiotem moich dzisiejszych rozważań, bo chcę pokrótce opowiedzieć o tym, co usłyszałam w czasie homilii.

Wyjście od Ewangelii św. Łukasza (Łk 9, 51-62) o niegotowości uczniów do pójścia za Panem Jezusem. Wyrażają oni chęć co do wspólnej drogi i nauczania, jednak są za bardzo przywiązani do tego, co na ziemi. Jeden chce iść się pożegnać z rodziną, kolejny chce pogrzebać zmarłego ojca – wydawałoby się: ludzkie odruchy. Myślę, że każdy jest w stanie zrozumieć, że ten rozdział pragnie pouczyć o tym, abyśmy nie przywiązywali się aż nadto do tego, co ziemskie, bo są to wartości bardzo ulotne. Prosta interpretacja, nie dodawałabym więcej. Okazuje się jednak, że można.
Młodzi księża często zwykli powoływać się na autorytety. Duchowny parafii X, bohater tego artykułu, powołał się na papieża Franciszka, aby wytłumaczyć znaczenie trzech wartości zapewniających życie wiecznie: modlitwa, przebaczenie i ubóstwo. Nieoczekiwanie skupił się na tym ostatnim. Myślałam, że to, co powszechnie nazywamy ascezą, zostawiliśmy w epoce średniowiecza, ewentualnie zamknęliśmy współcześnie w murach klasztornych o zaostrzonym rygorze. Jeśli by iść tokiem myślenia tego księdza (którego nie chcę oceniać tylko przez pryzmat tej niedzieli, bo słyszałam w jego wydaniu wiele mądrych słów), musimy przyjąć, że zakolejkowani do zbawienia są tylko ci, którzy niewiele mają. Ba, mogę z pełną odpowiedzialnością przytoczyć cytaty z tego kazania: „Chrześcijanin MUSI czuć trud życia” albo: „Wiem, że chciałoby się nieraz pojechać w jakieś ciepłe miejsce, wziąć wygodny hotel, ale tak nie można”… Co zatem z chrześcijanami celebrującymi wakacje na Majorce?
Przypomniała mi się scena z  ekranizacji powieści Katarzyny Grocholi „Nigdy w życiu„, kiedy nastoletnia Tosia (w tej roli Joanna Jabłczyńska) wraca do domu z jedynką z etyki. Pokłóciła się z nauczycielką (to chyba nawet była zakonnica, ale nie pamiętam dokładnie) o sens istnienia. Zbuntowana nastolatka z uporem broniła swojej racji, że chce być szczęśliwa, na co usłyszała, że prawdziwe i godne jest jedynie życie pełne cierpienia. Pragnienie bycia szczęśliwą wykrzykiwała również wobec swoich rodziców jej matka Judyta (Danuta Stenka). Co więc jest nie tak z tym szczęściem i dlaczego człowiek szczęśliwy niejednokrotnie jest uważany za pazernego rozpustnika?

„Nigdy w  życiu”, reż. Ryszard Zatorski. Tosia po prostu chce być szczęśliwa…
Teologia chrześcijańska ma swoje korzenie w dogmatach wielkich średniowiecznych mistyków. Dzieła takich postaci jak św. Augustyn czy św. Tomasz do dziś są podstawą kościelnej dydaktyki, a Legendę o świętym Aleksym powinien znać każdy szanujący się absolwent szkoły średniej. Refleksje temat bytu, cnót i sensu istnienia spisane przez wspomnianych myślicieli są godne wspomnienia i dalszej dystrybucji, choć nie można milczeć na temat wielu absurdów, które w obliczu dzisiejszych czasów okazują się po prostu nieaktualne (mam na myśli te ustępy dotyczące roli kobiet w życiu społecznym). Średniowieczna asceza była modelem, który osadzony w swoim kontekście historycznym zwyczajnie się sprawdzał. Ludzie nie mieli wiele, więc i wiele nie oczekiwali od życia: nie znali wczasów, pięciogwiazdkowych hoteli i gorących piasków plaż. Dziś ta sielanka jest niedościgłym marzeniem milionów Polaków – prawdopodobnie również chrześcijan, jeśli by uznać, że statystyki nie kłamią. Usłyszałam jednak, że tak nie można, bo chrześcijanin musi czuć trud życia!


Czy nie mogę nazywać się chrześcijaninem, jeśli dążę do tego, by moje życie nie było cierniami usłane? Podejrzewam, że wiem, o co chodziło temu duchownemu, ale on powiedział wprost, że nie można oddawać się wakacyjnym przyjemnościom. Ogarnęło mnie lekkie przerażenie, jako że właśnie rozpoczęłam swój wakacyjny wypoczynek i tylko czekam na słoneczną beztroskę. 

Jestem chrześcijanką. Wiara jest dla mnie źródłem radości, a obecność drugiego człowieka i możliwość nawet doraźnej służby jemu daje mi poczucie częściowego spełnienia. Pełne spełnienie dosięga mnie, gdy mogę bez myślenia o cierniach kontemplować naturę i dzieła rąk ludzkich – myślę, że tak mogłabym w skrócie wyrecytować swoje Credo. Chcę być pełnoprawnie radosną kobietą radującą się nie tylko od Alleluja do Alleluja – od Wielkanocy do Wielkanocy, czyli raz w roku, kiedy Kościół pozwala. Nie chcę udawać smutku w Wielki Piątek, a wpadać w rozkoszną zadumę, gdyż wszyscy wiemy, jak się Triduum kończy – na końcu wygrywa życie. I jeśli kiedyś będzie mnie stać – chcę w taką zadumę wpadać na Majorce albo innych ciepłych krajach, a zamiast makowca i jajek zjadać owoce morza (choć słyszałam, że Biblia, a ściślej Księga Mojżeszowa, tego zabrania…)

Zgodzę się z tym, że posiadanie często utrudnia istnienie. To oczywiste, że otaczając się technologią znieczulamy się na głos ludzki, a spędzając niedziele w centrach handlowych odbieramy sobie dar, jakim jest wspólny obiad czy własnoręcznie przygotowany deser (swoją drogą czekam, aż KFC czy McDonald przygotuje specjalne niedzielne familijne menu). Nie zgodzę się jednak z tym, że musimy dźwigać krzyż, czyli tylko znosić cierpienie nic z nim nie robiąc. Opowiadam się za to za noszeniem krzyża: na szyi, w sercu lub na piersi jako symbol katolickich wartości i związanej z nimi dumy. Dlaczego mając do wyboru drogę usłaną różami oraz drogę usłaną cierniami nie wybieramy tego pierwszego?

Nie zachowałam się jak typowy dziennikarz i nie poszłam za plebanię zobaczyć, czym zaparkował autor kazania, bo nie o to chodzi. Wróciłam za to do domu zasmucona, bo ktoś próbował mi wcisnąć na siłę cierpienie i w dodatku zabronił go ruszać. Nie to jest chyba sensem życia, przynajmniej nie mojego, a jeśli tak, to ja takiego życia nie chcę. Chcę natomiast życia pełnego radości, przyjemności i wspaniałych chwil, w których nikomu nie dzieje się krzywda.

Słyszałam, że obciachem jest cytować Comę (bo rzekomo cytowana jest przez wszystkie nastolatki na fotoblogach), ale ja bez poczucia wstydu pozwolę sobie zacytować fragment: Jeżeli piękno zasługuje na potępienie. Jeżeli mądrość potęguje jedynie zło. Jeżeli szczęście jest przeszkodą dla zbawienia, to osądzi mnie bezduszna wieczna noc. Nie Bóg.

Mam dwadzieścia jeden lat. Jestem młoda, szczęśliwa i pełna nadziei. Nie każcie mi cierpieć. To On za nas cierpiał rany. Nie chciał dla nas drugiej Golgoty, nie umierałby na krzyżu. Być może przekreśliłam właśnie podwaliny całej chrześcijańskiej teologii. Dziś nie zważam na to. Chcę, by nasza kultura została oczyszczona ze średniowiecznych naleciałości. Żyjemy w czasach konsumpcji. Dlaczego by nie delektować się każdym kawałkiem powietrza?

Mam nadzieję, że nie było to antyklerykalne i antyreligijne wystąpienie, bo miałam całkowicie przeciwne intencje. Życzę Wam udanych, ciepłych i beztroskich wakacji. Uśmiechajcie się.

Przeczytaj jeszcze