Euro(pejska) (re)wizja polityczna

EUROWIZA

O gustach się nie dyskutuje. Z drugiej strony, w jaki inny sposób, jeśli nie poprzez dyskusję, wskazywać na aktualne trendy w dowolnej dziedzinie? Ważne, by robić to w sposób kulturalny. Kultura – słowo klucz, choć mam wrażenie, że nie pasuje do żadnego zamka.

Pojęcie kultura można definiować w dwojaki sposób. Słownik języka polskiego proponuje wiele znaczeń: od taktownego zachowania się, poprzez kultury bakterii, aż do materialnego i umysłowego dorobku cywilizacji, który jest wskaźnikiem rozwoju danego społeczeństwa. Kulturę można okazywać poprzez język, postawę i szacunek dla wartości, nawet, jeśli są dla nas całkiem odległe lub obce.

Eurowizja jest konkursem politycznym. Zwycięzcą zawsze jest osoba ze słabą piosenką. Liczy się wpisanie w aktualną modę.

Po każdym finalne konkursu piosenki nie brakuje takich opinii. Kiedy wygrała Conchita Wurst (pisałam o tym w tekście „Plujmy w brodę. Sobie„) wskazywano na nachalną promocję gender. Polskim internautom niezwykle trudno było pogodzić się z faktem, że nie zwyciężyły skąpo ubrane Słowianki. Po wczorajszym finale nagle okazuje się, że „metroseksualny pedał” (nie jest to opinia autorki bloga) staje się bohaterem narodowym, a Polska – jak to zwykle na arenie międzynarodowej bywa – została oszukana i pokrzywdzona. Jurorzy ustawili konkurs.

W tym roku zawrzało jeszcze bardziej. Nie piersi, nie gender, nie satanizm. Bohaterem jest historia. Zwyciężczyni Eurowizji – krymska Tatarka, Jamala – w piosence „1944” zaśpiewała o sowieckich deportacjach Tatarów z półwyspu dokonanych w latach 40. Było to nawiązanie również do przeżyć rodziny autorki. Dżamała (właśc. Susana Dżamaładinowa) urodziła się w 1983 roku w Kirgiskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej (obecnie Kirgistan), do której w trakcie rządów Józefa Stalina została przesiedlona część jej przodków. Po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę, rodzina piosenkarki powróciła na tereny Krymu. Wokalistka wyznała, że inspiracją była postać jej prababci.

Hej, kto Polak niech patrzy na siebie

Być może była to okazja, by świat znowu zwrócił wzrok w stronę Krymu. Być może piosenka historyczna w trudnych okolicznościach politycznych jest przepisem na eurowizyjny sukces. Oczywiście, że konkurs nosi znamiona konfrontacji na szczeblu dyplomatycznym, jednak – jak pokazują opinie – bez śladu dyplomacji. Twitter i Facebook aż pęka od niepochlebnych komentarzy – że piosenka była słaba, że wokalistka darła japę, występ był „pod publiczkę”, a cały konkurs ustawiony. A jeszcze nie tak dawno wszyscy byliśmy Ukraińcami – bo pomarańczowa rewolucja, więc razom nas bahato, bo Euro 2012, bo Majdan. Polscy Internauci zmieniali zdjęcia profilowe, zapalali świeczki w oknach swoich domów (albo ich wirtualne odpowiedniki w oknach przeglądarek internetowych) i modlili się o pokój dla tego narodu. (O trudnej miłości polsko-ukraińskiej pisałam tutaj). Piosenka „1944” została zmieszana z błotem. Bardzo dziwne, bo kiedy szwedzki zespół Sabaton nagrał utwór o tym samym tytule (1944: Uprising), który opowiadał o powstaniu warszawskim, byliśmy zachwyceni.

Sądząc po treści wylewającej się dzisiaj z portali społecznościowych, nie można na Eurowizji opowiadać historii. Domyślam się, że wszystkie utwory powinny być o złamanych sercach lub trudnej miłości, ewentualnie mogą też być instrukcją obsługi wyjaśniającą jak poruszać tym, co mama w genach dała. Trudno się z tym zgodzić. Eurowizja to wydarzenie kulturalne. Na lekcjach WOS-u nauczyłam się, że jedną z funkcji kultury jest funkcja adaptacyjna umożliwiająca poznanie warunków danego społeczeństwa. W krajach takich, jak Ukraina warunki te są w znacznym stopniu determinowane przez historię. Dlatego trzeba ją opowiadać, a międzynarodowy konkurs jest doskonałym miejscem do tego, nawet, jeśli faktyczną intencją organizatorów było symboliczne zwycięstwo Ukrainy nad Rosją.

Nawiasem, czy w w Polsce również nie wykorzystuje się wszystkich nadarzających się okazji, by przypominać dramatyczne dzieje naszego narodu? W polityce międzynarodowej piszemy setną część „Dziadów” i raczej nie pozwalamy na to, by innym narodom również było ciężko. W końcu Mesjasz może być tylko jeden.

Zastanawiam się, co by było, gdyby Eurowizję wygrał tegoroczny reprezentant Polski. Promocja homoseksualizmu? Przecież nie wygląda jak prawdziwy facet. Pomalował paznokcie, a loków mogłaby mu pozazdrościć sama Beyonce. Dwa lata temu w tekście poświęconym Conchicie Wurst proponowałam, by w konkursie wystawić właśnie Szpaka (Tobie też mogę powróżyć). Skoro teraz wygrywa piosenka o zabarwieniu historycznym, proponuję utwór, którego powstydzili się nawet poznańscy biskupi (naprawdę, prosili, by usunąć go z sieci ze względów estetycznych). Zobaczcie sami:

Przeczytaj jeszcze

  • Z eurowizji ja zapamiętam Bułgarkę i Cypryjczyków (to uczucie, gdy chcesz napisać ,,Cyprusów”…), z poprzedniej Szwajcara, a piosenki ukraińskiej nawet nie słuchałam. I nie rozumiem powodu, dla którego miałaby nie wygrać. To nie Nobel, tylko zabawa muzyką.

    Dochodzę do wniosku, że wysyłając na eurowizję gwiazdki o których zapomnimy zanim jeszcze nadejdzie następna eurowizja, nigdy nie wygramy. Ale dla tych, którzy od dłuższego czasu produkują dobrą muzykę eurowizja to raczej upadek niż wyróżnienie.