Dostał Jacek elementarz…

…ależ mina uśmiechnięta. Hejże, hej, hejże, ha, elementarz Jacek ma! Tak brzmią słowa jednej z najsłynniejszych piosenek dla dzieci. Jej treść odnosi się do radości i dumy związanej z otrzymaniem pierwszego szkolnego podręcznika.

Sama pamiętam, jak wielkim wydarzeniem w życiu było otrzymanie pierwszych „dorosłych” książek oraz zmiana formy edukacji. W miejsce leżakowania i zabawek pojawiły się prawdziwe lekcje, a siedzenie w kółeczku na dywanie zastąpiły uczniowskie ławki i krzesła. I chociaż przejście to ma charakter wręcz symboliczny, bo zwiastuje inicjację „poważnej” edukacji, w obecnych czasach rozpętała się prawdziwa burza związana z nauczaniem najmłodszych. Pierwszym zapalnym ogniwem była debata na temat wieku, w którym powinny one rozpoczynać swoją szkolną przygodę. Wskazywano na konieczność zapewnienia dzieciom naturalnego dzieciństwa, a nie przymusowego wpychania je w ramy dorosłości. Żartowano nawet, że posyłanie sześciolatków do pierwszej klasy, to wyrafinowana polityka rządu, który chce w ten sposób szybciej pozyskać nowych podatników.

Dziecko
Źródło: Internet

Tym razem sprawa dotyczy rządowego podręcznika dla pierwszoklasistów. „Nasz Elementarz” wywołał niemałą burzę medialną i stronami sporu – jak łatwo się domyślać – są Kościół oraz zwolennicy zawartego w książce programu. Tym, co wzbudziło największe kontrowersje, jest sposób prezentowania treści, zwłaszcza tych związanych z rodziną i małżeństwem. Dodatkowym zarzutem jest przekonanie o infantylności przekazu. Wszystkie te obiekcje zostały sformułowane przez Konferencję Episkopatu Polski. Według jej wiceprzewodniczącego, arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, elementarz jest pozbawiony tradycyjnych elementów chrześcijańskich.

Pomijane są w nim te treści, które wiążą się z małżeństwem i rodziną. Małe dziecko wzrasta w rodzinie i dla niego to środowisko jest najbardziej bliskie i zrozumiałe. Tymczasem w podręczniku nie ma np. obrazu rodziny, która siedzi przy stole, są najwyżej jakieś zwierzątka. Nie jest to najlepsze przesłanie – argumentuje duchowny.

A ja pamiętam "Ekoludka" i nie widziałam w nim żadnego złego przesłania, chociaż zamiast "ludzkiego" korpusu miał liść, a zamiast włosów płatki... Rys. Pdf ze strony rządowego pordęcznika, str. 4,5.
Za moich czasów był Ekoludek. Nie widziałam w nim żadnego złego przesłania, chociaż zamiast „ludzkiego” korpusu miał liść, a zamiast włosów płatki… Rys. Pdf ze strony rządowego pordęcznika, str. 4,5.

Zgodnie z zapewnieniami Ministerstwa Edukacji Narodowej podręcznik dla pierwszaków ma jednak wartości uniwersalne, co oznacza, że skierowany jest do przedstawicieli różnych wyznań. Nie są to jednak argumenty na tyle silne, aby zdołały przerwać dyskusję, gdyż okazuje się, że Episkopat Polski odnosi się negatywnie także do bohaterów występujących na kartach podręcznika. Referujący stanowisko KEN, biskup Marek Mendyk, zwraca uwagę na to, że do stołu zasiadają: ślimak, rak i smoki, a nie – jak przyzwyczaiły „dawne” elementarze – ludzie. Implikuje to problem nieczytelności relacji, bo czy między istotą nie-ludzką może istnieć więź zgodna z teologiczną wykładnią stołu? Ten problem zostawmy dyskursowi posthumanistycznemu i powróćmy do klasycznych zagadnień związanych z edukacją wczesnoszkolną.

Polemika zaostrza się, jeżeli przytoczymy kolejne zarzuty biskupa Mendyka. Uważa on, że egzemplarz propaguje konsumpcjonizm i hedonizm. Te spostrzeżenia dotyczą sposobu, w jaki zaprezentowano w podręczniku święta Bożego Narodzenia (dość wspomnieć, że wątek ten wprowadzono do elementarza pod naciskiem władz kościelnych). Realizacja tego tematu przez twórców nie zadowoliła jednak Konferencji Episkopatu Polski, gdyż obraz świąt zredukowano do strojenia choinki, podarków, pierników oraz pierogów z kapustą. Według duchownych w prezentacji tej zabrakło opłatka, co jest przecież fundamentem polskiej kultury. Nie są to jednak wszystkie kontrowersje wokół rządowej książki. Otwarcie jej – w ujęciu hierarchów – jest niemalże równoznaczne z otwieraniem bram piekielnych. Wszystko to przez zawarte w podręczniku treści dotyczące magii. Dziecko może mieć przekonanie o wszechmocy magicznych treści – dzieci są oswajane z postaciami, które mają magiczną moc, spełniają życzenia w każdej chwili, pomagają w byciu dobrym, życzliwym, rozwiązują problem zła w świecie. To rodzi przekonanie, że można być dobrym i życzliwym właśnie dzięki magii, a poprzez zabawę też można zostać czarodziejem. Jest to bardzo niebezpieczne, bo dziecko poznaje pewne rytuały, myśli, że bawi się, a nieświadomie, małymi krokami, zostaje wprowadzane w bardzo niebezpieczną przestrzeń magii i okultyzmu – wyjaśnia biskup cytowany przez Katolicką Agencję Informacyjną.

Szukaj gender w polu

„Nasz Elementarz” był krytykowany jeszcze przed oficjalną publikacją. Obawiano się, że będzie naszpikowany ideologią podważającą naturalny porządek związany z różnicą płci. I chociaż w treści podręcznika próżno doszukiwać się elementów genderowych, jego krytykom udała się ta sztuka. Na warsztat trafiła wykreowana rola ojca, który w pracach domowych pokazany jest jako ten, który pomaga dzieciom w lekcjach i czytaniu, ogląda z nimi fotografie. Według biskupów pominięto inne, istotne funkcje, które zbudowałyby w oczach dzieci prawidłowy obraz ojca. Rządowy elementarz stoi zatem w opozycji z lekcjami religii prowadzonymi przez katechetów, którzy będą zobowiązani zmienić swój program w taki sposób, aby eksponować prawdziwy obraz rodziny, nie zaś wyidealizowany przez „Nasz Elementarz”. Czyli co? Ojciec w garażu naprawiający samochód, matka w kuchni mieszająca zupę, a dziecko w towarzystwie korepetytora, który będzie wykonywał zadania ojca? A jeśli będzie to… pedofil? Dobrze, kpiny na bok.

Do tych ataków odniosła się Joanna Kluzik-Rostkowska, Minister Edukacji:

Jestem zadziwiona i tak zupełnie wprost nie zgadzam się z oceną ojca, zawartą w tym podręczniku, bo uważam, że z punktu widzenia budowania relacji z dziećmi pomoc dziecku w nauce jest czymś zupełnie podstawowym, pierwszorzędnym i pożądanym.

Na zarzuty zareagowała także autorka podręcznika, Maria Lorek:

Pojawił się zarzut, że „Nasz elementarz” nie zawiera ani jednego obrazka, który przedstawia całą rodzinę siedzącą razem przy stole. To nieprawda. Jest taki obrazek, i to wiele razy. 

To teraz odniosę się ja. Szkoła to instytucja w wielu miejscach bardzo kulejąca, a w innych wręcz całkowicie skompromitowana. Mimo wszystko jej zadaniem jest zaprezentowanie wielu punktów widzenia tak, aby młody człowiek – w wielkim stopniu wychowywany przez szkołę – odnalazł swój punkt widzenia. Stąd tak liczna ilość przedmiotów i nieuniknione jest, że to, co nazywamy naukowym dorobkiem cywilizacji, w wielu miejscach będzie sprzeczne z oficjalnym stanowiskiem Kościoła. I tak na biologii pojawią się tematy wyrażające przekonanie o wyższości ewolucji nad kreacjonizmem, geografia będzie prezentowała zaś geofizyczne przyczyny zniszczenia rejonu kananejskiego, co wykluczy opis biblijny. Na języku polskim czekają na nas fragmenty mitologii, które są całkowicie opozycyjne wobec opisu stworzenia świata zawartego w Księdze Rodzaju. Z osobistego doświadczenia mogę wskazać też na niebezpieczeństwo wynikające z podręczników od matematyki. Dla mojego humanistycznego umysłu był to prawdziwy spirytystyczny seans, gdyż zafascynowana romantycznymi uniesieniami i wiarą w witalną moc natchnienia, odrzucam paradygmat o algorytmiczno-logarytmicznym porządku świata. Czy coś mi się przez to stało? Chyba nie…

Słusznie zauważa autorka, Maria Lorek, że „Nasz Elementarz” nie jest specjalistycznym podręcznikiem katechetycznym i ma służyć nauczaniu dzieci zgodnie z podstawą programową i rozwijaniu u nich wielorakich inteligencji. Od nauczania religijnych prawd są lekcje katechezy, dlatego też uważam, że nie powinno się ich usuwać ze szkolnego programu. Świat jest pełen różnorodności i właśnie w niej Heraklit doszukiwał się harmonii. A skoro już operujemy zagadnieniami zaczerpniętymi z teologii, to może warto zawierzyć darom Ducha świętego, który przecież podpowie wierzącym, co jest dla nich słuszne, a co nie. Interdyscyplinarność – pojmowana ze zdrowym dystansem – może okazać się bogactwem, a nie zmorą, bo świadomość wielu punktów widzenia, postrzegania i rozumienia świata, w żadnym wypadku nie może ograniczać, gdyż jako istoty myślące, mamy wręcz obowiązek samodzielnego rozeznania ich nierównorzędności. Jednak to, co dla mnie pierwszorzędne i niepodważalne, dla drugiego człowieka ma prawo być drugim planem, kwestią obligatoryjną lub odrzuconą. Walka o sześcio- i siedmiolatki; o to, co jest dla nich niebezpieczną ideologią, a co propagandą i indoktrynacją, to tak naprawdę walka z wiatrakami, bo ostatecznie to, co najcenniejsze, wyniosą z domu. I oby z każdego domu miały do wyniesienia rzeczy jak najlepsze. Wtedy żaden „zły podręcznik” nie będzie w stanie zamącić im w głowie. Szukajcie niekochanych… – aż chciałoby się przytoczyć słowa jednej z bohaterek powieści Joanny Bator. Tu jest chyba usytuowany największy problem wychowania.

Przeczytaj jeszcze

  • Uczyłaś się od ekoludka? Piona!
    Zastanawia mnie, co w ogóle robiły treści o Bożym Narodzeniu w podręczniku. Powinny być zaprezentowane polskie tradycje i kropka, bo biblię na polskim omawia się w liceum. Genderu i magii zaś kościół szuka wszędzie, bo
    > rytuały chrześcijańskie są pod każdym względem magią, a jak się człowiek zajmuje czarowaniem zawodowo, to ma odpowiednie skrzywienie zawodowe
    > wśród księży nie ma kobiet, a oni sami żyją w celibacie, więc kobieta to coś z innej planety
    ,,ten, który pomaga dzieciom w lekcjach i czytaniu, ogląda z nimi fotografie” Dobrze to zrobiono. Nie mając taty zawsze podczas zabawy lalkami kazałam Kenowi iść do pracy, bo nie wiedziałam, co z nim robić bawiąc się w dom.