Dobrze, że mamy tramwaje!

Kilka dni temu na liczne poznańskie torowiska powróciły tramwaje. Dla wielu mieszkańców, zwłaszcza tych zamieszkujących Sołacz i Winogrady, oznaczało to znaczne wsparcie komunikacyjne. Od września trwał bowiem remont Mostu Teatralnego, przez co wiele przystanków tramwajowych zostało zamkniętych. W zamian w rozkładach pojawiły się dodatkowe autobusy, na które jednak większość użytkowników komunikacji miejskiej narzekała. 9 grudnia powinien być zatem małym poznańskim świętem radości, że długo wyczekiwane „bimby” znów kursują. Było jednak jak zwykle, czyli po polsku.

Remont „Teatralki” rozpoczął się 23 września i miał potrwać do 30 listopada. Prace nad obiektem przedłużyły się jednak i został on oddany do użytku ponad tydzień później.

Wczesnym grudniowym porankiem obudziło mnie drżenie szyb. Szybko dotarło do mnie, że jest ono spowodowane przemieszczaniem się tramwaju po długo nieużywanych torach. Wielka była moja radość. Oznaczało to bowiem, że na uczelnię mogę udać się w warunkach komfortowych. Ostatnimi czasy byłam uzależniona od autobusów, które lubią stać w korkach, w dodatku nie zawożą do codziennego celu, a więc do pokonania miałam jeszcze dość spory kawałek. W zależności od tego, co przyjechało: T9, 60, 64 czy 69, musiałam podążać na mój wydział przy ulicy Fredry z: Nowowiejskiego, Rynku Jeżyckiego lub Mickiewicza. Odległość z tych trzech punktów może nie jest ogromna, ale wystarczała, by raz i drugi spóźnić się na zajęcia. Ostatnie z wymienionych połączeń było najbardziej komfortowe, jednak potrzeba było wiele szczęścia, by 69 nadjechał. Często więc wybierałam całkowitą pieszą wędrówkę, co przy dojrzewającej jesieni było bardzo przyjemnym punktem dnia. Spacer wśród liści ulicą Wielkopolską oraz „na szagę” przez park Moniuszki nastrajał mnie bardzo pozytywnie, dodawał energii i zmieniał stosunek do zajęć, na które szłam i tak już spóźniona.
Wróciły tramwaje. Oczywiście, nie zabrakło malkontentów, którzy postanowili ten uroczysty dzień przeznaczyć na krytykę. Niektórym nie spodobało się samo przedsięwzięcie rozpoczynania tego remontu podczas nadal trwających prac w okolicach Ronda Kaponiera (to znaczy, ronda już tam nie ma). Ja również nie byłam zachwycona pomysłem, że prace zaczęły się akurat wraz z rokiem akademickim. Obowiązku korzystania z komunikacji miejskiej nikt jednak nie posiada. To przywilej.
Poniedziałek był dniem powrotu wielu zawieszonych linii oraz „starego” funkcjonowania tych, którym zmieniono trasę. Oczywiście, nie wszystko poszło z planem: na Zamenhofa awaria, na Zeyladna ponoć również, na Rynku Jeżyckim korek, na Fredry korek, na trasie PST z tego, co słyszałam, również jakieś problemy. Fora internetowe związane z sercem Wielkopolski zalały się falą krytyki, oberwało się prezydentowi miasta, Miejskiemu Przedsiębiorstwu Komunikacyjnemu, Zarządowi Dróg Miejskich oraz Zarządowi Transportu Miejskiego.
Tramwaje wróciły, a ja się cieszyłam. Mój futurystyczny wręcz zachwyt nad tramwajami (ach, Miasto, Masa, Maszyna!) ma swoje źródło w szacunku do wysiłku tych ludzi, którzy od miesięcy pracowali nad usprawnieniem ruchu w Poznaniu. Całe centrum jest „rozkopane”, a roboty nadal trwają. Ktoś powie: taka praca! Nie wchodzę nawet w takie dyskusje.
Wróciły tramwaje, dzięki czemu fantastycznie zagięta została czasoprzestrzeń. Miałam więcej czasu o poranku, a czas zwykł wówczas szybciej płynąć. Oczywiście i tak miałam go za mało, bo zamiast uczyć się w nocy, śmiałam robić to rano (inne pory dnia spędzam raczej na uniwersytecie). W dodatku nie kupiłam biletu. W najbliższych sklepach biletów albo nie było albo nie można było płacić kartą, zatem szybkim krokiem postanowiłam udać się do większego marketu. W międzyczasie mój żołądek przypomniał mi, że jestem głodna, a mózg, że nie wypiłam kawy. Stwierdziłam więc, że zjem bardzo niezdrowe miejskie śniadanie w postaci jakiegoś nadziewanego pieczywa oraz wypije coś, co postawi mnie na nogi; tajgera czy inny energetyk. Witryna sklepu przywitała mnie jednak informacją, że nastąpiła awaria pieca, w związku z czym pieczywa nie ma. Nie pozostało mi nic innego, jak do niezdrowego napoju dorzucić całkiem niezdrowego hot doga, jako że spieszyłam się, bo do zajęć zostało mi 15 minut, a trzeba jeszcze było dojść na wspaniały i niepowtarzalny tramwaj. – Hot dogi są, ale mam tylko zimne parówki – usłyszałam zza lady. Zrezygnowałam zatem z zamiaru zjedzenia śniadania, bo jeszcze uciekłby mi wyczekiwany środek transportu. Tramwaje wróciły, a świat nadal niedostosowany: brak płatności kartą, brak biletów w kiosku, zimne parówki, zepsuty piec, brak bułek…
Jak widać, na wiele rzeczy można narzekać. Czar zaczął pryskać po zajęciach, kiedy nadal w atmosferze zachwytu dyskutowałam z koleżanką na temat poznańskiej komunikacji. Z wrażenia aż umknęło mi, że prowadzimy tak długą rozmowę, bo obie czekamy na swoje tramwaje, które od pewnego czasu nie przyjeżdżały. Mogłybyśmy dołączyć do grona marudzących, ale po co? Zaprzestańmy tego procederu „hejtowania” wszystkiego, co się rusza i sunie po szynach. Cieszmy się tym, co mamy.

Przeczytaj jeszcze

  • Tego nie skomentuję ponieważ nie znam realiów komunikacyjnych tej metropolii.Za to w Gdańsku komunikacja miejska rozwija się nadspodziewanie dobrze.Pozdrawiam.