Dlaczego media już skazały księdza Wojciecha Gila?

Pedofilia w Kościele to temat bardzo drażliwy. Ofiary księży zarzucają zwierzchnikom Kościoła milczenie, bierność i przysłowiowe zamiatanie niewygodnej sprawy pod dywan. Księża zaś, zwłaszcza ci na najwyższych stanowiskach, zwykli dyskutować z mediami w sposób, jakby o niczym nie wiedzieli, przysparzając mediom wiele radości, bo taki brak stanowiska zostawia im pole do interpretacji i nie zawsze uzasadnionych ataków na Kościół. Jeszcze gorszą od udawanej niewiedzy jest tendencja do stawiania kuriozalnych hipotez, jak chociażby ta, którą postawił arcybiskup Michalik, jakoby dzieci z rozbitych rodzin same lgnęły do księży w poszukiwaniu miłości. Nie sposób rozstrzygnąć, która strona jest bliższa prawdy, ja bynajmniej tej kwestii rozstrzygać nie chcę. Chciałabym natomiast wyjąć żółty kartonik i pokazać go mediom, które nie pierwszy raz okazały się specjalistą do spraw ferowania wyroków.

Śledząc ostatnie wydarzenia nie dziwię się Kościołowi, że czuje się atakowany, zwłaszcza, że bombardowanie następuje ad personam. O księdzu Wojciechu Gilu usłyszałam pierwszy raz we wrześniu, przy czym była to mała wzmianka w artykule poświęconemu w całości innemu podejrzanemu o pedofilię – arcybiskupowi Józefowi Wesołowskiemu. Pierwsze pytanie: co się z nim teraz dzieje i dlaczego cała nagonka została skierowana w stronę Wojciecha Gila?

Papież Franciszek na dobre zaczął walkę z pedofilią, co w obliczu dotychczasowej działalności Kościoła zasługuje na pochwałę. Początek tej batalii nastąpił w momencie odwołania nuncjusza papieskiego z Dominikany, wspominanego wcześniej arcybiskupa Józefa Wesołowskiego. Po szumie spowodowanym nie oficjalnym wystąpieniem papieża, a teoriami wysnuwanymi przez media z prędkością strzałów karabinu maszynowego, abp Wesołowski zapadł się pod ziemię. Niektóre źródła, a mówiąc wprost media karaibskiej Dominikany spekulują (dlaczego bez powołania się na konkretne fakty?), że odwołany nuncjusz ukrywa się w Watykanie oczekując rozstrzygnięcia sprawy lub uciekł do sąsiedniego Haiti. Oczywiście opuścił Dominikanę zanim postawiono mu zarzuty, ucieczkę ułatwił mu Kościół Katolicki – cytując za Riggo Guido Pou z dominikańskiego forum na rzecz Świeckiego Państwa w Dominikanie (za: Newsweek 37/2013). 
W tym samym numerze Newsweeka czytam o księdzu Wojeciehu Gilu, michalicie sprowadzonym do Dominikany w ramach misji katolickiej. Według Riggo Guido Pou Wojciech Gil założył w Juncalito ośrodek dla młodzieży, która miała w nim szkolić się z zakresu ratownictwa i pożarnictwa. Nastolatkowie mieli możliwość wyjazdu z przestępczej Dominikany do Polski, tą możliwość gwarantował im właśnie michalita Wojciech Gil. Wyjazdy takie faktycznie odbywały się, młodzi szkolili się w TOPR i u krakowskich strażaków. Ten szczytny cel został nazwany w miedach nagrodą za milczenie i dobre sprawowanie. 
Według Newsweeka ksiądz Wojciech Gil uciekł z Dominikany z paszportem na inne nazwisko. W jego domu znaleziono narkotyki i pornografię. Prokurator generalny z Dominikany zamierzał wysłać za nim list gończy za pośrednictwem Interpolu. List taki został opublikowany na stronie Interpolu pod koniec września, zaś pierwszego października policji udało się zlokalizować miejsce jego pobytu. Nie został zatrzymany, bo list gończy, zwany czerwoną notą nie skutkuje aresztowaniem.  Dalsze działanie zależy już tylko od władz Dominikany, które mogły wydać wniosek o ekstradycję. Ten zapewne byłby odrzucony w myśl zasady, że Polscy obywatele są sądzeni w Polsce. Władze karaibskiego państwa nakazały duchownemu powrót i współpracę z dominikańskimi organami ścigania.
Jako że brak konkretnych dowodów w sprawie księdza Gila, a to, co dotąd wypowiedziane, opiera się na domysłach i spekulacjach, postanowiłam skonfrontować szeregi medialnych hipotez z wersją księdza Wojeciecha. Udzielił on wywiadu dla TVP Info. Oglądałam go w Internecie, potem jednak zakupiłam wersję drukowaną w Angorze (nr 41/2013), gdyż słowo pisane dłużej zapada w pamięci i łatwiej do niego powrócić.
Z rozmowy wynika, że głównym oskarżycielem księdza jest chłopiec o pseudonimie „Carlo”. Rozumiem, że domniemana ofiara pedofilii może kierować się wstydem, jednakże takie „bezimienne” oskarżenia” stały się podstawą burzy wokół duchownego, co zasługuje na wyjątkową naganę. Wystarczy porównać z molestowanym przez księży Polakiem, Marciem K., który niedawno napisał list do papieża. Oczywiście, użył on tylko inicjału nazwiska, jednak podjął się on założenia procesu cywilnego i pojawia się w mediach – co prawda z zasłoniętą twarzą – ale jednak z pełną odpowiedzialnością odpowiedzialności za własne słowa. „Carlo” jest jeszcze piętnastoletnim chłopcem, możemy spekulować, że „obraził się” na księdza Gila, gdyż nie dopuścił do jego wyjazdu do Polski. Właściwie zrobił to diakon, który uznał, że chłopiec jest nieodpowiedzialny: jako ministrant nierzetelnie spełniał swoje obowiązki.

Według „Carlo” ksiądz Gil zmuszał go do przebierania się w damską bieliznę, duchowny miał zaś się przy nim masturbować i zmuszać chłopca do tego samego, kilkakrotnie miało dojść do seksu analnego. Michalita z Polski miał mu grozić pistoletem przykładanym do głowy. Wojciech Gil komentuje te doniesienia. Według niego chłopiec może być kierowany przez inne osoby, wrogo nastawione do jego działalności we wsi. Nie jest bowiem tajemnicą, że walczył on z przestępczością narkotykową. Utworzył grupę Jedność Siła i Bezpieczeństwo, której programem pilotażowym było oczyszczenie wioski Juancalito. Te działania spodobały się władzom (dom michality był często odwiedzany przez wysokich rangą polityków i policjantów). Nie spodobały się zaś z pewnością ubogim mieszkańcom Dominikany, którzy w większości przypadków żyją z narkotyków. Wspomina on, że niejednokrotnie był w Dominikanie napadany, miał nóż przy szyi i pistolet przy głowie. Jego dom był przez miesiąc opuszczony, a dostęp do niego – także do sejfu – mieli niemalże wszyscy członkowie grupy antynarkotykowej. Przez miesiąc można podrzucić wszystko – relacjonuje ksiądz.
W Junancalito i innych biednych rejonach Dominikany powszechnie wiadomo, że dzieci były wykorzystywane do rozprowadzania narkotyków. Podejrzany o pedofilię duchowny wraz z członkami Jedności Siły i Bezpieczeństwa przeciął te szlaki, co mogło doprowadzić do całkowitego utracenia dochodów ludności żyjącej z nielegalnego handlu. To mogło poważnie zagrozić księdzu i przyczynić się do jego problemów. Nie trzeba bowiem dużej wiedzy i świadomości, aby stwierdzić, że gangi narkotykowe mają ogromną władzę, często przewyższającą nawet możliwości policji. Istnieje więc prawdopodobieństwo, że to zorganizowana grupa przestępcza „stoi” za oskarżeniem księdza. Być może zastraszyła ona „Carlo”, diakona i część ludności dominikańskiej, która teraz nie sprzyja Gilowi. 

Interesującym jest fakt, że do posiadłości księdza Gila nie wtargnęła policja, nie zakuła go w kajdanki i nie postawiła przed dominikańskim wymiarem sprawiedliwości. Doniesienia pojawiły się w momencie, gdy ksiądz przebywał w Polsce i miał już załatwiony samochód na lotnisko w Warszawie, przed wylotem na Dominikanę. Wtedy dowiedział się, że nie ma po co wracać, bo tam jest na niego wydany praktycznie wyrok śmierci… Nie powiedziano mu wprost, czego dotyczą oskarżenia. Dowiedział się tego dopiero po telefonicznej rozmowie z diakonem. Ten zaś twierdzi, że Gil zadzwonił z prośbą, by diakon wyniósł wszystkie rzeczy, które mogą go kompromitować, łącznie z komputerami, na dyskach których miały się znajdować materiały pornograficzne.
Materiały dowodowe zgromadzone w śledztwie nie zostały pokazane adwokatowi księdza. Usłyszał on, że są zabezpieczone i nie mogą ich udostępnić. Sam duchowny wyznaje, że widział je jedynie w Internecie i w prasie. Zagadką dla wszystkich, a przede wszystkim dla samego podejrzanego jest kwestia działania dominikańskiej prokuratury. Dlaczego nie poczekała ona, aż ksiądz wróci do Juancalito? Dlaczego nie zatrzymała go na lotnisku, nie zawiozła do domu i nie przeprowadziła rewizji przy jego udziale? Są to pytania, które ksiądz Gil sam chętnie by zadał prokuraturze w Santiago.
Media zgodnie uznały, że ksiądz się ukrywał przed ścigającą go sprawiedliwością. Nagłówki z gazet informowały nas: Ksiądz pedofil złapany u rodziców lub też przypisywały sobie zasługi: Gazeta X wytropiła księdza pedofila! Ukrywał się u rodziców! Lub niemalże zachęcały do linczu: Dorwać go! Okazuje się, że michalita wcale się nie ukrywał. Po prostu nie zgłosił się do prokuratury, bo takiego nakazu nie dostał. Przebywał u rodziny w Modlnicy pod Krakowem. Unikał za to mediów, czemu trudno się dziwić. One same przeprowadziły i nadal przeprowadzają swoje śledztwo i proces…
A przecież w Polsce i w innych państwach prawa istnieje zasada domniemania niewinności. Zasada ta jest przestrzegana w prawie krajowym danego państwa  oraz w prawie międzynarodowym. Gwarantują ją: Powszechna Deklaracja Praw Człowieka (art. 11 ust 1.), Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych (art. 14 ust. 2) oraz Konwencja Praw Człowieka (art. 6 ust. 2). Konstytucja RP w 42 artykule ustawy 3 mówi zaś jasno: Oskarżonego uważa się za niewinnego, dopóki wina jego nie zostanie udowodniona i stwierdzona prawomocnym wyrokiem (art. 5 § 1 k.p.k.) Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?
Na lewo i na prawo – co nowego?

Przeczytaj jeszcze

  • Anonymous

    Dlaczego umieściłaś zdjęcie księdza?Tylko nie tłumacz że wszyscy tak robią.Dlaczego nie piszesz ks.Wojciech G.?Wszyscy tak robią …..to jest wstrętne,jak ten człowiek ma żyć a o jego rodzinie pomyślałaś.Jeśli jest niewinny…..

  • Dlaczego nie zadał/ła sobie Pan/Pani trudu, by przeczytać artykuł, który Pan/Pani komentuje? Jest on obroną księdza Wojciecha Gila od początku do końca i właśnie zasadą domniemania niewinności kierowałam się pisząc o tej sprawie. Zgadzam się, to co media robiły, jest wstrętne i wlaśnie staram się z tym walczyć.

  • Asesor

    Wstrętne jest to że sie komentuje bez wiedzy, nawet bez przeczytania artykulu. To jest zmora dzisiejszego swiata, brak merytorycznej dyskusji kazdy tylko gada co mu sie podoba nie znajac tematu czego dowod mamy tutaj.