Danger gender. Problem zastępczy czy dewastacja rodziny?

Gdyby słowo „gender” odmieniało się przez przypadki, byłoby z pewnością najczęściej deklinowanym rzeczownikiem w dyskusji publicznej ostatnich czasów. Jako wyraz pochodzenia angielskiego jest jednak stosowany tylko w mianowniku liczby pojedynczej. Nie zmienia to jednak faktu, że jest używany nad wyraz często. O gender mówi się w radiu, telewizji, na ambonie i mównicy sejmowej, zaś Internet każdego dnia wydaje na wirtualny świat dziesiątki artykułów poświęconych temu zagadnieniu.

Kiedy dyskusja schodzi z „salonów” i przenosi się do przestrzeni podwórkowo-ulicznej okazuje się, że mamy problem z jego definicją. Mały wywiad środowiskowy pokazał mi, że największy problem z gender polega na tym, że… nie wiadomo czym w sumie jest. Nie chcę pisać o gender jako znawca i obrońca, chcę się natomiast zastanowić, skąd wziął się w przestrzeni publicznej i dlaczego zrobił tyle szumu.

Historia gender rozumianego jako nurt naukowy sięga lat 80. XX wieku. Kierunek narodził się w Stanach Zjednoczonych, jednak swoją popularność zdobył również na ziemiach polskich. Uczelnie wyższe oferują studia podyplomowe z tego zakresu tematycznego, zaś dla studiujących na pierwszym stopniu łatwo o odpowiednie fakultety na macierzystych wydziałach. Na polskiej scenie politycznej zaistniał stosunkowo niedawno, a jego „odkrywcą” jest Jarosław Gowin. Kiedy pełnił w rządzie Donalda Tuska funkcję Ministra sprawiedliwości, odnalazł w Konwencji Rady Europy słowo „gender”. Media „oszalały” na jego punkcie, a prawica zaczęła zastanawiać się, czym właściwie jest. Słysząc niektóre wypowiedzi „ekspertów” (nie jest to ironia – w dzisiejszych czasach mamy samych ekspertów) mam wrażenie, że nikomu nie udało się jeszcze sformułować poprawnej i przekonującej definicji.

Paper Dolls 2
Czy gender zagraża cywilizacji?

Gender w Kościele

W poprzednią niedzielę, która była dniem Świętej Rodziny wierni katoliccy mieli okazję wysłuchać listu Episkopatu Polski na temat gender (którego treść możesz poznać klikając tutaj). Autorzy listu przyjmują, że założenia tej nauki (której, w liście nie nazywają nauką a ideologią) są wymierzone przeciwko naturze i rodzinie.

Muszą zatem budzić najwyższy niepokój próby przedefiniowania pojęcia małżeństwa i rodziny narzucane współcześnie, zwłaszcza przez zwolenników ideologii gender i nagłaśniane przez niektóre media – możemy przeczytać już na początku. Według hierarchów nurt ten jest bezpośrednio związany z marksizmem i neomarksizmem, a osoba, która zaczyna podważać swoją płciowość nie ma szans spełnić się w życiu rodzinnym, społecznym ani zawodowym.

Odezwa jest uwieńczona apelem do instytucji oświaty, aby wyraziły swój sprzeciw wobec eksperymentów na dzieciach i młodzieży. Dodam, że list był rozesłany do parafii w wersji hard i light. To duchowni decydowali, którą przeczytać wiernym. Odczytanie listu nie było obowiązkiem, a zaleceniem ze strony wyższych władz duchowieństwa.

Jak wynika z ustaleń Marcina Dzierżanowskiego, dziennikarza i publicysty WPROST (mam nadzieję, że jeśli to przeczyta, nie pogniewa się, że ujawniam takie fakty – być może w najnowszym wydaniu jego gazety przeczytacie zgrabniejszą relację, niż ta, którą ja proponuję), nie we wszystkich parafiach odczytano list. Na przykład w Rzeszowie w jednej z parafii ksiądz powiedział, że listu nie odczyta, bo może być nieodpowiedni dla dzieci, a było ich wówczas sporo. W warszawskich świątyniach kilku duchownych podawało adres strony internetowej, na której można samodzielnie przeczytać pismo biskupów. Byli jednak i tacy, którzy list przeczytali wiernym – co więcej – po zakończeniu stworzyli własny komentarz. Z ambony można było usłyszeć, że niektóre środowiska chcą zamknąć Kościołowi usta. Komentarze wywołały konkretną reakcję również u uczestników Eucharystii. Jak podają informatorzy kilku z nich po nieco ostrzejszych słowach opuściło świątynię. Na pierwszy rzut oka wysuwał się jednak inny wniosek: wielu w ogóle nie zrozumiała treści listu, bo był napisany nieprzystępnym językiem.

„Dewastacja człowieka i rodziny” oraz taneczne protesty na poznańskiej uczelni.

Wyjście z Kościoła nie jest wielce sensacyjną formą protestu. W wykładzie księdza profesora Pawła Bortkiewicza nie uczestniczyłam (od początku nie miałam takiego zamiaru), jednak relacje, które zobaczyłam na drugi dzień w Internecie szczerze mnie zadziwiły. Wiadomo, że stawianie tak radykalnych tez już w tytule wykładu, spotka się z ostrą reakcją opozycjonistów, ale przerwania wykładu przez faceta pląsającego przed księdzem w złotej kiecce nie spodziewałam się. Dotychczas myślałam, że uczelnia wyższa jest miejscem kulturalnej wymiany poglądów. Nawet, jeśli tezy wygłaszane przez wykładowcę uderzały w dobre imię zwolenników gender lub zwyczajnie burzyły ich światopogląd – są inne metody „walki” intelektualnej. Bardziej zdumiewa mnie jednak reakcja policji, a właściwie sama jej obecność na uczelni podczas wykładu. Jako że nie byłam uczestniczką tych wydarzeń, nie będę narzucała jedynej słusznej wizji. Jedni twierdzą, że policja „przesadziła” używając siły i paralizatorów, drudzy uważają, że było to konieczne. Wykład ostatecznie odbył się w auli, jednak nie wpuszczono wszystkich uczestników. Ta „segregacja” wzbudziła duże kontrowersje, bowiem wśród „odrzuconych” znalazły się osoby, które wykładu nie zakłócały, a chciały go wysłuchać. Reakcją na te wydarzenia był późniejszy protest przed komendą policji na Starym Mieście, gdzie również doszło do przepychanek. Gdy emocje już opadły, zajścia na Uniwersytecie Ekonomicznym komentowano mianem happeningu lub artystycznym wyrazem buntu przeciwko dyskryminującym tezom wygłaszanym przez księdza. Nie trzeba być dyplomowanym specjalistą socjologii, aby stwierdzić, że źle się dzieje.

Gender na scenie politycznej: „dekonstrukcja dwubiegowego hierarchicznego porządku płci”.

Genderyzmem zajęli się także politycy. Prawicowi działacze obserwując wydarzenia w „wyzwolonej” seksualnie Francji czy Szwecji wyraźnie zaniepokoili się i postanowili uderzyć na alarm. Efektem tej troski było między innymi wystąpienie Krystyny Pawłowicz organizowane przez Klub Myśli Społecznej w Łodzi. Posłanka Prawa i Sprawiedliwości również powoływała się na chrześcijaństwo i tradycyjny model rodziny. Poszła jednak o krok dalej: w swoim wykładzie odwołała się  do świata  natury i… gospodarki. Stwierdziła, że hasła równości, wolności i braterstwa są sztuczne, a więc cała ideologia gender jest czymś wynaturzonym i nieprawdziwym. Tłumaczyła, że świat musi mieć jakąś hierarchię (w moim rozumieniu pani profesor chodziło o patriarchalny prymat), bo tak funkcjonują przedsiębiorstwa oraz świat niebiański – do wierzących zwróciła się z sugestią, że i po drugiej stronie są różne zastępy aniołów, które mają swoją trony – szczeble władzy.

Propozycję wprowadzenia edukacji genderowej ostro krytykuje założyciel Fundacji Pro Mariusz Dzierżawski, według którego wdrożenie tego typu nauk jest otwarciem bramy pedofilom. Samych działaczy związanych z gender nazywa pedofilami. Podobnego zdania jest redaktor naczelny Frondy Tomasz Terlikowski, który uważa, że „nowa” ideologia jest sprzeczna z chrześcijańską antropologią.

Kobieta zatem nie może być kapłanką, tak jak mężczyzna nie może być matką. I genderowe analizy nie mogą tego zmienić. Nikt nie zastąpi kobiety w procesie zrodzenia dzieci, a także przekazania im szczególnej macierzyńskiej czułości, a także stworzenia domowego gniazda dla męża i dzieci, tak jak nikt nie zastąpi mężczyzny w budowaniu poczucia bezpieczeństwa i zapewnieniu środków do życia.

W ostatnim zdaniu katolickiego publicysty wyczuwam powątpiewanie w możliwości zawodowe kobiet lub przynajmniej ich zaburzone umiejętności zapewniania dzieciom dobrobytu, ale nie chcę nikogo ciągnąć za język, ani dopowiadać więcej nad to, co zostało powiedziane. Wydaje mi się, że w dyskusji nad gender doszło do całkowitego pomieszania pojęć. Sama pani Pawłowicz we wcześniej wspomnianym wykładzie, (którego wysłuchałam w całości tutaj) przy okazji gender mówi o homoseksualizmie, adopcji przez gejów dzieci, feminizmie i szeroko pojmowanym lewactwie. W moim odczuciu zabrakło metodologicznego wprowadzenia do nurtu badań. A może i się ono pojawiło, ale było zbyt tendencyjne. Po czterdziestu minutach wykładu nadal nie wiem, czym jest gender, wiem jednak, kto według pani Pawłowicz odpowiada za „wpychanie” gender do ludzkiej świadomości. Ku mojemu słabemu zdziwieniu wśród winnych znalazła się także Platforma Obywatelska. Nie zabrakło też aluzji do katastrofy smoleńskiej. Czyli wszystko, co Polaków boli najbardziej w pakiecie jednego czterdziestominutowego wykładu.

Próba odwrócenia uwagi od realnych problemów

Odnoszę wrażenie, że genderoterroryzm (w rozumieniu metod jego promocji) jest próbą odwrócenia uwagi od realnych problemów polskiej rodziny, jak i całego społeczeństwa. ZGADZAM SIĘ z tym, że wprowadzanie edukacji seksualnej do pierwszych klas szkół jest idiotyzmem – skoro nawet dorośli nie dojrzali do kulturalnej dyskusji na temat gender, to nie oczekujmy od dzieci, że naprawią świat. Nie jest dobrze, jeśli najmłodszym mówi się o ludzkiej seksualności, jeśli ich rodzice nie znają pojęć, które zdominowały polski dyskurs. Obecna sytuacja świadczy o tym, że doszło do starcia i manifestacji sił bez wcześniejszego sformułowania podłoża definicyjnego. Nie dążę do tego, by wyszukiwać na siłę słowu „gender” jego polski odpowiednik, choć niektórzy zaczęli wprowadzać tożsame pojęcia płci kulturowej lub płci społecznej. Podkreślam: nie jestem ekspertem gender studies i nawet nie próbuje rościć sobie prawa do opiniotwórczego odzewu. Faktycznie: idąc do sklepu z zabawkami dziecięcymi można napotkać dość skonwencjonalizowane zestawy jak różowa kuchnia i niebieski warsztat samochodowy. Nie można też przeginać w drugą stronę: dziewczynce nic nie stanie  się (tak sądzę) od układania puzzli z ciężarówką, z kolei jednak na chłopca dziwnie spogląda się, gdy bawi się lalkami. Ale to chyba nie jest problem genderyzmu, tylko kształtowania się psychiki dziecka i nabywania nowych zainteresowań. Płciowość kształtuje się w równoległym świecie, uważam, że kolor bucików czy wybór zabawek jest po prostu kwestią kolorystycznych skojarzeń. Gender ma interesującą koncepcję, jak kształtuje się płeć w warunkach kulturowych, ale zgubne i śmieszne są wszelkie przechyły. Skrajności w stylu, że wychowujemy dzieci w ogóle bez jakichkolwiek wzorców płci, apłciowo. I zakładamy, że mają płeć wybrać sobie potem, zadecydować w późniejszym wieku. Albo właśnie eksperyment w jakimś przedszkolu, że dziecko przyszło do domu z rewelacją, że tata może chodzić w sukience. To, niestety, już kabaret – komentuje zjawisko wybitny polski seksuolog profesor Zbigniew Lew Starowicz.

Jest nadzieja na porozumienie?

Zwolennicy spokojnego dyskursu mogą upatrywać nadziei w liście, który Ewa Kozłowska-Rajewicz (pełnomocniczka rządu do spraw równouprawnienia) wysłała do Episkopatu Polski. Wyjaśniła ona, czym jest gender oraz zaprosiła do wspólnej dyskusji. Na antenie radiowej jedynki wyznała, że już dostaje pierwsze odpowiedzi od biskupów i liczy na spotkanie. Dodaje jednak, że niezbędna jest dobra wola obu stron. A o nią może być trudno. Według Kazimiery Szczuki związanej z gender studies oraz Kongresem Kobiet, Kościół od średniowiecza stosuje metodę szukania ofiary. Kiedy znajdowano zabite dzieci, ofiary przemocy seksualnej, kończyło się to często pogromem na Żydach. Najpierw był trup dziecka w fosie. Potem oskarżenie, że Żydzi zabili to dziecko na macę. Teraz mamy gender – twierdzi Szczuka. Uważa ona, że „kampania nienawiści” wymierzona w gender to skierowanie uwagi wiernych w inne rejony, niż wewnętrzne problemy Kościoła.

Chyba rację mają ci, którzy w gender widzą odwrócenie uwagi od prawdziwych problemów. Mamy w Polsce mnóstwo bałaganu w każdym „sektorze” działalności publicznej. Jest bałagan z ZUS i OFE, nierozwiązana tajemnica katastrofy smoleńskiej, afery korupcyjne, nierówne drogi, problem nietrzeźwych kierowców. W Kościele wybuchł skandal pedofilski z udziałem polskich duchownych na Dominikanie. Mam wrażenie, że gender to antybiotyk aplikowany w organizm polski po nieudanej „kuracji” związkami partnerskimi. Czymś bowiem naród zamotać trzeba.

Przeczytaj jeszcze