Chroń życie! Aborcja – nie. In vitro? Też nie.

229007_JedenZNas_34
Z ciekawością i wzmożoną uwagą przyglądałam się kampanii „Jeden z nas” zainicjowanej przez włoskiego europosła Carlo Casiniego. Dowiedziałam się o niej podczas wieczornej Mszy świętej, w której uczestniczyłam w ubiegłą niedzielę. Już przy wejściu do świątyni zobaczyłam banner z infografiką przedstawiającą przebieg somatycznego rozwoju człowieka od momentu poczęcia. Pomyślałam, że to plakat dotyczący zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej i byłam gotowa złożyć podpis, który aprobowałby kampanię. Ogłoszenia duszpasterskie, w których kapłan zachęcał do poparcia inicjatywy rozwiały jednak moje wątpliwości. „Jeden z nas” ochrania tylko życie dzieci poczętych metodą naturalną, a zakazuje eksperymentowania na ludzkich embrionach. To całkiem elegancki zabieg językowy polegający na wciśnięciu zgrabnego synonimu zamiast powiedzenia „in vitro”.
Kampania jest wymierzona przeciwko planom finansowania aborcji ze środków unijnych. Podpisy były zbierane od 22 do 29 września 2013 roku. Europejska Inicjatywa Europejska została zarejestrowana 11. maja 2012 roku w Brukseli. Akcja znalazła swoich zwolenników również w Polsce. Należało zdobyć milion głosów. Co z tego wynikło?


Nie wiem jeszcze, co z tego wynikło. Wiem, że głos można było złożyć pod dowolnym kościołem lub za pośrednictwem internetu. Wystarczyło napisać swoje imię, nazwisko i PESEL. Nie zrobiłam tego, bo akcja przemawia do mnie zaledwie w 50%.

Dlaczego tylko w połowie? Nie chcę dywagować o swoich przekonaniach religijnych, politycznych i innych. Uważam jednak, że jeżeli ktoś naprawdę pragnie dziecka, a nie ma możliwości spłodzenia go, gdyż istnieją bariery zdrowotne (bezpłodność i inne), to powinien mieć możliwość przeprowadzenia zabiegu in vitro w swoim kraju. Przypomina mi się reportaż o wdowie po senatorze Prawa i Sprawiedliwości. Joanna Mazurkiewicz – Kulka, której mąż zmarł nagle 5 lat temu (pęknięcie tętniaka mózgu) starała się z mężem o potomstwo. Ich starania były daremne, dlatego zdecydowali się na in vitro. Byli religijnym małżeństwem, chodzili do kościoła. Dzisiaj kobieta boi się wchodzić do świątyni, bo obawia się, że jej dzieci, (które wiedzą o metodzie własnego poczęcia) usłyszą, że są dziećmi z probówki, z eksperymentu na embrionach lub po prostu – że są dziećmi Frankensteina. I to jeszcze z wyczuwalną bruzdą na czole.
Przypominam sobie Agnieszkę Ziółkowską – pierwszą Polkę urodzoną metodą in vitro, która czuła, że nie ma dla niej miejsca w Kościele i dokonała apostazji. Tak, przypominam sobie te dwie historie i robi mi się przykro. Czuję rozdarcie. O tyle, o ile aborcję neguję w każdym przypadku, nie rozumiem, dlaczego zakazywać in vitro. Nie chcę krytykować kobiet, które usunęły ciążę – znam takie i swój szacunek do nich buduję na podstawie osobistych relacji z nimi. Co zrobiły ze swoim życiem i z życiem, które „kiełkowało” w ich brzuchu – kwestia ich sumienia. Tu wystarczy, że powiem: ja tak robić nie zamierzam.
Nie mogę nie akcentować swojego rozdarcia w kwestii akcji „Jeden z nas” i sposobu, w jaki została przeprowadzona kampania medialno – parafialna. Mam wrażenie, że zwyczajnie wykorzystano nieświadomość pojęć osób starszych, które są największym procentem niedzielnego uczestnictwa wiernych w Eucharystii. I chyba nawet mam dowód. Wczoraj do kościoła wchodziła przede mną starsza pani. U progu świątyni stał stolik z wspomnianym na początku plakatem oraz listą podpisów popierających kampanię. Wyciągała etui z okularami, jednak okazało się puste. Spytała zatem mężczyzn zbierających podpisy, co to za lista. Oni wyczytali jej jak mantrę, że jest to: lista na rzecz kampanii, która wzmacnia ochronę życia poprzez wprowadzenie zakazu finansowania aborcji i eksperymentów na ludzkich embrionach z budżetu Unii Europejskiej. Dlaczego aborcja jest nazwana aborcją, a zabieg in vitro eksperymentem na ludzkich embrionach zamiast metodą zapłodnienia polegającą na doprowadzeniu do połączenia komórki jajowej i plemnika w warunkach laboratoryjnych?
Starsza Pani nie złożyła podpisu, bo nie miała okularów, choć wolontariusze zaproponowali jej, że podpiszą się za nią, a PESEL spiszą z dowodu. Nie zgodziła się na takie rozwiązanie. Usłyszała więc, że wnuczek złoży za nią podpis w Internecie, po czym zapisali jej adres strony na karteczce.
Jestem naprawdę rozdarta. Złożyłabym podpis przeciwko aborcji, ale bez negowania zapłodnienia in vitro. Ale co to jest za podpis? Miałabym podpisać się samym imieniem? A może połową nazwiska. Joanna Kwasi? Oj kwasi się i to bardzo. Kwasi się i krzywi na podobne nieuczciwe kampanie niedokończonych pojęć i wygodnie dobranych definicji.

Przeczytaj jeszcze