Choruj, płać i bądź w formie!

Nigdy nie czuję się bardziej chora, niż w momentach, gdy mój zdrowy rozsądek podpowiada mi: odpocznij, leż pod kołdrą, relaksuj się i regeneruj siły. Leżenie plackiem na kanapie sprzyja budowaniu więzi z pilotem i telewizorem lub radiem i gazetą. Reklamy zachęcają: nie daj się bólowi, musisz być w formie! Zażyj tabletkę – chwila i po problemie. Najlepiej sięgnij po preparat w wersji forte, żeby nie czekać długo na efekt. I koniecznie kup od razu opakowanie XXL. 

I nagle mój relaks zamienia się w mękę, przypomina się, że boli paluszek i główka, przez co forma wyraźnie słabsza. Pojawia się problem i to w wersji forte, bo ktoś podpowiada mojej zdrowej jak dotąd głowie: nie daj się bólowi!

Jesteśmy w światowej czołówce, jeśli chodzi o spożycie leków przeciwbólowych bez recepty. Znieczulić możemy się nie tylko w aptece. „APAPY” czekają na nas w marketach, kioskach i innych punktach sprzedaży. Przyczyna sięgania po preparaty jest prosta: spieszymy się, nie chcemy stać w kolejce do lekarza, więc rozwiązujemy problem na własną rękę. Skutki takiego „podleczania” bywają odwrotne od zamierzonego. Może i ból przemija jak ręką odjął, jednak niektórym przy okazji odejmuje także rozum. Zamiast przestrzegać zaleceń ulotki dołączonej do opakowania (nie chcę być naiwna: nie wierzę w konsultację z lekarzem lub farmaceutą) aplikujemy w siebie garść pigułek z wiarą, że za kilka minut będziemy zrelaksowani i wolni od bólu.

Chyba przeceniłam obolałych Polaków w kwestii czytania ulotek. Zaskakuje mnie, jak ograniczony potrafi być odbiór przekazu medialnego. Kiedy na ekranie widzimy obolałą Kowalską, która przez potworny ból głowy nie jest w stanie bawić się z synem w wesołym miasteczku, biegniemy do apteki, (zanim dziecko wróci ze szkoły!) aby nie przeżyć podobnej historii. Kiedy jednak w tej samej reklamie miły męski głos z nienaganną szybką dykcją przestrzega nas: Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu jesteśmy jakby głusi. Z czego to wynika? Boli nas do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie przeczytać? A może aż tak się spieszyliśmy, że znaleźliśmy się w aptece jeszcze przed końcem reklamy? Zdarza się, że dokładna lektura ulotki informacyjnej następuje post factum – kiedy po sześciu zjedzonych tabletkach zastanawiamy się, dlaczego nastąpił przerzut bólu z głowy do żołądka, a zamiast spokojnego relaksu na kanapie mamy biegi do toalety co kilka minut. Pół biedy! Często taka doraźna lekomania kończy się zapaleniem organów wewnętrznych: ściany żołądka lub wątroby. Spotkałam się wśród moich znajomych z przypadkami, kiedy w takiej sytuacji zamiast biec do lekarza, biegną do apteki… Po lek na wątrobę rekomendowany przez Magdę Gessler, oczywiście…

Jesteśmy narodem wyjątkowo przewrażliwionym o wzmożonej podatności na hipochondrię – chorobę, która dotyka nas zdecydowanie częściej, niż grypa czy angina. Nie wiem, skąd w nas tak wielka ochota na oglądanie bólu i cierpienia. Na „potrzeby” Polaków odpowiadają producenci telewizyjni, stąd w ramówkach takie programy, jak: Na dobre i na złe, gdzie towarzyszymy doktor Zosi w trudnych decyzjach na bloku operacyjnym, czy Szpital, do którego trafiają pacjenci często z ukrytą, dramatyczną historią. Ten drugi serial paradokumentalny emitowany przez TVN pomógł stacji w walce o wysoką oglądalność. Po trzech pierwszych odcinkach zgromadził przed telewizorami 1,83 mln widzów! Po zakończonym seansie (często można obejrzeć kilka odcinków, jeden po drugim) nie powinno zaskakiwać to, że przez problemy wyimaginowanych pacjentów i ich lekarzy (moja sąsiadka była wyraźnie zasmucona, gdy uświadomiłam ją, że to aktorzy…) głowa pęka od nadmiaru wrażeń. Oczywiście w tak zwanym międzyczasie natrafiamy na reklamy, które działają jak pliki cookies – jeśli w Szpitalu znalazł się pacjent z dziwnym bólem głowy, możemy spodziewać się reklamy Nurofenu czy innego leku przeciwbólowego.

W ubiegłym miesiącu „świętowaliśmy” Blue Monday – według niektórych najbardziej depresyjny dzień w roku. A ja miałam czelność obudzić się o dwunastej, nie odebrać kilku pilnych telefonów, napisać ten felieton na ostatnią chwilę (bo jako przykładna studentka powinnam zrobić to dużo wcześniej, prawda?) i kompletnie nie przejmować się tym, co dzieje się za oknem. Wszystko byłoby po myśli, gdyby nie fakt, że na chwilę włączyłam telewizor. Na trzech różnych kanałach Goździkowa przypomniała mi trzy razy, że na ból głowy najlepsza jest Etopiryna. Dacie wiarę?

Zignorowałam pierwsze objawy polegające na lekkim pulsowaniu skroni, ogólnym osłabieniu i rozkojarzeniu. Nie pobiegłam do apteki, bo nie miałam zamiaru wzmacniać pozycji Polaków w rankingu spożywania leków przeciwbólowych. Zamiast tego wygodnie ułożyłam się pod kocem i zasnęłam. Bez telewizora! Drzemko! Tyś lekiem na całe zło!

Przeczytaj jeszcze