Charmandera zamiast Trybsona

charmander

 

Kiedy byłam młodsza, Pokemony przeżywały czasy swojej świetności. Pamiętam, że za każdym razem już podczas napisów końcowych nie mogłam doczekać się kolejnego odcinka oraz nowych przygód Asha i jego załogi. 

Ta seria anime to jednak nie tylko czas antenowy na Polsacie. „Pokemania” ogarnęła niemalże każdą przestrzeń, w której producent spotykał się z klientem.Gadżety z wizerunkiem japońskich stworków dodawano do czipsów, rogalików i innych produktów gastronomicznych. Miarą „modnego” ucznia było natomiast posiadanie tornistra lub przynajmniej piórnika z wizerunkiem Pikachu.

Pamiętam, jak moi rówieśnicy (ja zresztą też) zbierali się na przerwach, aby pograć w żetony. Polegało to mniej więcej na tym, że przed rozpoczęciem zagrania wykonywało się rytualne „papier-nożyce-kamień”, a ten, kto wygrał, brał żetony i rzucał nimi o podłoże. Jeżeli oba odwróciły się wizerunkiem Pokemona do góry, zgarniał je powiększając swoją kolekcję.

Szał, jaki ogarnął młodzież pokolenia, do którego należę, szybko zaczął niepokoić radę pedagogiczną. Może mieli trochę racji, w końcu dźwięk odbijanych żetonów niósł się po korytarzach wielkim echem, co przy założeniu, że grali prawie wszyscy, mogło denerwować. Chodziło jednak o coś więcej: bajka z Pokemonami prezentowała bądź, co bądź zachowania agresywne. Za pośrednictwem Pikachu, Charmandera, Squirtle’a czy Bulbasaura ścierały się ze sobą przeciwne żywioły. Ash, aby zostać Mistrzem Pokemon, musiał przeprowadzać regularne starcia z innymi kandydatami na to stanowisko. Walczył nie on, a Pokemony. Oczywiście, nie umierały, a jedynie doznawały obrażeń, które leczono w Pokecenter. Stwierdzono jednak, że Pokemony są złe, bo krzyczą, porażają prądem, stawiają słupy ognia, zalewają wodą i w ogóle robią takie rzeczy, których przecież dorośli nigdy nie oglądają w tych wszystkich filmach dla dorosłych z Jamesem Bondem czy innych Matrixach.

Dziś patrzę na to z wielkim dystansem i stwierdzam, że po prostu każde pokolenie ma swoją bajkę, do której dorośli dopiszą ideologię. Bolek i Lolek byli przecież homoseksualną parą, Hello Kitty to tak naprawdę szatan, a nie słodki różowy kociak, a załoga z „Wehikułu Tajemnic”, czyli bohaterowie Scooby Doo, byli wiecznie zjarani i przejawiali objawy typowe dla stanu po zażyciu. Pisałam już o tym kiedyś i nie ma sensu się powtarzać. To, co oglądają współczesne nastolatki, powinno wzbudzać dużo większy niepokój. Co gorsza, wielkie plakaty zachęcające do oglądania „Warsaw shore” pojawiały się w miejscach publicznych i wielkimi literami obwieszczały o dacie premierowego odcinka kolejnej serii.

Sądzę, że inni dziennikarze i blogerzy napisali wystarczająco dużo na temat Trybsona, niewątpliwie najpopularniejszego uczestnika tego programu. Programu, którego nie oglądam, zrobiłam to jedynie raz, żeby dowiedzieć się, o co właściwie całe zamieszanie. Imprezy, przygodny seks oraz romanse między członkami ekipy, których efektem jest między innymi dziecko, oczekiwane(?) przez Elizę i Trybsona, stały się tym, co obserwuje niepokojąca liczba widzów. Odcinki pierwszego sezonu potrafiły ściągać przed ekrany blisko 200 tysięcy widzów. Jaką mamy gwarancję, że nie ma wśród nich dzieci i młodzieży w wieku szkolnym? Żadnej. Argument o tym, że czerwony znaczek w rogu, że rodzice dopilnują jest, delikatnie mówiąc, bezzasadny. Bo czy można upilnować dziecko przed włączeniem telewizora, skoro, jak pokazały ostatnie dramatyczne wydarzenia, trudno upilnować dziecko, by nie piło alkoholu, nie podkradało samochodu rodzicom i nie wsiadało za kółko po spożyciu?

Zadziwiające jest to, jak ewoluuje znaczenie słowa "celebryta" w naszych czasach. Fot. SE
Zadziwiające jest to, jak ewoluuje znaczenie słowa „celebryta” w naszych czasach. Fot. SE

Tymczasem Eliza i Trybson celebrują w mediach. Drugi z „bohaterów” telewizji przewija lalki przed kamerą i opowiada u Kuby Wojewódzkiego, że na każdą „gąskę”, jak zwykł określać kobiety, miał swój unikalny sposób. Kiedy trzeba było, zmieniał się w romantyka, innym razem przybierał postać niedostępnego jaskiniowca. „Warsaw shore” nie jest jednak lekcją kulturalnego podrywu. „Brzydka niebrzydka, byle by zaliczyć jak najwięcej! On przyszedł i powiedział „chcę zaliczyć jak najwięcej”, nieważne, jak wygląda (…) patrzy tylko na to, żeby zaliczyć i nieważne, jakie, gdzie, umyte czy brudne, grube czy chude!” – mówił Paweł Trybała o innym uczestniku programu. Zdanie to jest w zasadzie najlepszą puentą określającą grupę młodych ludzi. Dość wspomnieć, że dziewczyny daleko nie odbiegają od mężczyzn: skąpo ubrane, wulgarne i zadziwiająco pijane na imprezach stają się dostępne i otwarte (niestety, w zbyt dosłownym znaczeniu tego słowa) dla współimprezowiczów, również spoza ekipy zamieszkującej dom. 

Pamiętam jeden odcinek Pokemonów, w którym Pidgey – ptak towarzyszący Ashowi – został ranny w walce z innym skrzydlatym – Spearowem. Pamiętam, jak chłopiec rozpłakał się w obawie o zdrowie swojego Pokemona. Była to niezwykle wzruszająca scena i pamiętam ją do dziś. Pamiętam również wiele scen z Charmanderem, gdyż była to moja ulubiona postać (nie wiem dlaczego, może ogień to mój ulubiony żywioł, bo kojarzy się z ciepłem lub po prostu lubię kolor czerwony). W istocie, ta „przepełniona agresją” bajka prezentowała wiele pozytywnych postaw, takich jak pomoc przyjaciołom, przywiązanie, wierność i lojalność. Głupio to zabrzmi, ale walki w Pokemonach miały jakiś sens. A czy ktoś oburzał się, gdy całe familie gromadziły się przed telewizorami, by oglądać, jak Tomasz Adamek – niechybnie kreacja wzoru patriotyzmu w ostatnich czasach – powalał Ulricha czy Briggsa? Nie słyszę także jakichś głośnych protestów wobec lansowania seksu, kręcenia tyłkiem, upijania się oraz używania łaciny, bynajmniej tej akademickiej. Szkoda, bo może to by coś dało. Spoglądając na dzisiejszą ofertę stacji telewizyjnej, dużo chętniej znowu pooglądałabym Pokemony, niż wykrzywioną w żałosnym uśmiechu twarz Trybsona i Barbie-matki jego dziecka.

Przeczytaj jeszcze

  • Każdy ma w głowie wspomnienia jakiś zdarzeń, przedmiotów, czy chociażby filmów z tych magicznych beztroskich lat. Jedni wspominają z nostalgią zbieranie tazosów, inni bazy w lesie, podchody na całe osiedla, albo chociaż jakieś normalne bajki, czy trzepak. Może nie podałem najlepszych przykładów, ale chodzi mi o zadanie pytania, co będą wspominać nowe pokolenia dzisiejszych gnojków? Anom hihi pamiętasz tom fotke z kfejka? Albo huh pamientash 15 urodziny Dżesiki ale pizda była hahah. Nic innego nie przychodzi mi do głowy… Tak chyba będzie, bo większość znanych mi dzieciaków jest zupełnie inna niż ja i moi znajomi z dawnych lat. Wydaje mi się, że w przeciwieństwie do dzisiejszych gnojków większość miała jakieś wartościowe zainteresowania, ale wcale nie byli aniołkami. Też zdarzało się zwinąć auto, czy upić małą ilością alko i robić inne szalone szaleństwa 😉 Nie było jednak jakiś wielkich wpadek, nie wspominając o tragediach, pewnie dlatego że większość była osrana i było to robione tak aby się wapniaki nie dowiedzieli. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj jest tak że jebłem/upiłem/rozjebałem to jebłem na chuj drążyć temat…

    Niestety, ale większość typowych Januszów i Grażynek nie zdaje sobie sprawy że kupa kota > kac kupa > kupa krowy > dno > muł > dalej długo nic > Polska TV. Ale internet często nie jest lepszy, to właśnie on wznosi na panteon sław trybsonów, matki morderczynie i innych dzisiejszych celebrytuf goszczących na salonach i w mediach. Ale jakie społeczeństwo… 😛

    BTW Bolek i Lolek nie są gejami, są bi i bzykają razem Tolę. 😀

  • Pamiętam codzienny bieg z językiem na brodzie, by tylko po lekcjach zdążyć na Pokemony. A żetony? Blizny na palcach do tej pory mi o nich przypominają. Ostro graliśmy.