Gospodin Putin

Igrzyska Olimpijskie w Soczi przeszły do historii. Nie obyło się bez wpadek, jak chociażby podczas ceremonii otwarcia, kiedy nie otworzyło się jedno z olimpijskich kół. Polacy szczególnie wspominają niuans geograficzny związany z prezentacją państw, bo wschodni sąsiedzi własnowolnie oddali nam Obwód Kaliningradzki. Było wiele radości, spektakularnych widowisk i gorzkich łez porażki. Dla naszych sportowców były to najlepsze Igrzyska w historii, bo ze swoim dorobkiem medalowym zajęli jedenaste miejsce w klasyfikacji ogólnej. Rosjanie poradzili sobie z presją bycia gospodarzem i zakończyli tę rywalizację na pierwszym miejscu. 
 
Wielkie, kosztowne i zjawiskowe zawody, które miały przynieść Władimirowi Putinowi wielką chwałę i status odpowiedzialnego organizatora, który mimo wielu trudności, dopina wszystko na ostatni guzik, nie były jednak tym, co przynosi prestiż na arenie międzynarodowej. Doceniam Rosjan za Soczi, jednocześnie jednak pytam o takie Igrzyska, podczas których wstrzymywano działania wojenne i uśmierzano konflikty. Nic dziwnego, że oczy możnych tego świata były zwrócone raczej na Majdan, niż na rosyjskie kompleksy sportowe. Automatycznie rodzi się pytanie: co będzie z Ukrainą teraz, gdy zgasł znicz olimpijski?

Ostatnio pisałam o polskiej pomocy dla Ukrainy, która w wielu przypadkach ogranicza się do palenia wirtualnych zniczy i przesyłania łańcuszków pokoju na Facebooku. Nie sposób krytykować naszej podstawy jako sąsiadów. Przypomnijmy, że Ukraińcy już od końca listopada wystają na mrozie i walczą o zmiany. Domagają się integracji z Unią Europejską lub po prostu dymisji prezydenta Janukowycza. Ten drugi postulat właśnie się ziścił, choć sytuacja jest na tyle dynamiczna, że z godziny na godzinę może dojść do diametralnych zmian.
Polscy dyplomaci wzięli sprawy w swoje ręce stanowczo za późno. Nie chodzi tu o przeganianie Ukraińców z Majdanu do domów, bo mamy do czynienia z państwem suwerennym i nikt z zewnątrz teoretycznie nie może wtargnąć w celu ustanowienia własnego porządku. Chodziło jednak o to, aby Polska oraz inne kraje Unii Europejskiej dały Ukrainie poczucie, że nie jest ona dodatkiem do Rosji (jak to kiedyś słusznie określił Jarosław Kaczyński), oraz że może czuć się bezpieczniejsza wśród krajów zintegrowanych. Donald Tusk na swoje tournée w sprawie Ukrainy ruszył jednak dopiero na początku lutego. Chciał przekonać włodarzy państw członkowskich o szybkie zainteresowanie się Majdanem…
Władimir Putin od słów woli czyny, a od przekonywania akcję. Słynie z tego, że twardo i szybko rozprawia się z oponentem. Teraz, kiedy Igrzyska w Soczi się skończyły, ma czas, by całą swoją uwagę przerzucić na Majdan. Pytanie tylko, czy nie robi tego za późno? Czy nie lepiej postąpiłby jako gospodarz, gdyby odwołał zawody? Nie. Putin to facet bardzo oszczędny i skrupulatny, a przecież organizacja tej sportowej imprezy pochłonęła ponad 50 miliardów dolarów. Do tego trzeba wliczyć wielkie zmiany w infrastrukturze, a nawet przesiedlenia rodzin, które od lat mieszkały na ziemiach, które nagle stały się obiektem zainteresowania inżynierów jako wyśmienite miejsce na nowy obiekt rywalizacji olimpijskiej.
Niewykluczone, że efektem działania Putina może być inkorporacja wschodniej części Ukrainy, co z pewnością będzie argumentowane względami bezpieczeństwa. Dość jednak powiedzieć, że mogłaby być to po prostu zemsta za to, że Majdan przysłonił Soczi. Igrzyska miały nam ukazać Rosję potężną, rozwiniętą i piękną. Tymczasem mając w świadomości fakt, że cała ukraińska gospodarka spoczywa w kieszeni Rosji, dostrzegamy, że Rosja rozlewa szampan, podczas gdy na Ukrainie rozlewa się krew.
Kunsztowna (i kosztowna) ceremonia zamknięcia zmagań w Soczi przeszła więc w cieniu, bo wszyscy z niepokojem obserwowali tego dnia Majdan i obalenie prezydenta Janukowycza. 23 lutego był zatem dniem sromotnej porażki Putina, bo degradacja ukraińskiego prezydenta to klęska prorosyjskiej opcji na Ukrainie. Konflikt jednak jeszcze się nie zakończył. Obecnym etapem jest „plądrowanie” rezydencji zbiegłego prezydenta i doszukiwanie się kolejnego szwindlu.
Na lewo i na prawo – co nowego?
Continue Reading

Wszyscy jesteśmy Ukraińcami

Na ukraińskim Majdanie dzieje się bardzo źle i co do tego nikt nie ma wątpliwości. Sytuacja z godziny na godzinę staje się coraz bardziej dramatyczna, wzrasta prawdopodobieństwo wprowadzenia stanu wyjątkowego. Media donoszą nam o kolejnych rannych i zabitych, a portale społecznościowe organizują akcje solidaryzujące z naszymi sąsiadami. Jest to zatem najlepszy moment, by zapytać: po co?
 
Oczywiście, nie podlega dyskusji to, że trzeba współczuć bliźniemu, który znalazł się w dramatycznej sytuacji politycznej. To samo mogło wydarzyć się w Polsce, a przecież typowy polski dziennikarz donosząc o krwawym zamachu zza granicy obwieszcza na koniec, że „wśród ofiar nie było Polaków”. Czy to naprawdę aż tak ważne?

Jesteśmy narodem hiperpoprawnym politycznie. Słusznie dostrzegamy, że należy przestrzegać prawa, respektować Konstytucję i innych reguł regulujących życie społeczne. Bardzo sprawnie spostrzegamy, gdy jakaś propozycja nowej ustawy jest niekonstytucyjna, a sąsiad złamał prawo, ponieważ nie rozliczył się z Urzędem Skarbowym. Dlaczego więc umyka naszej świadomości fakt, że Wiktor Janukowycz i Partia Regionów to władza wybrana legalnie przez Ukraińców? Nie żyjemy w czasach, w których podły uzurpator sam zasiada na tronie i doprowadza własny naród do upadku. Naród sam wybrał i Janukowycza i Tuska, dlatego nie rozumiem, skąd w Polakach eksponujących niemalże na każdym kroku niechęć do własnego rządu, chęć obalenia tego, co ustanowione tak zwanym głosem większości.
Sprawa ukraińska stała się dla nas polem do popisu, jacy to nie jesteśmy poprawni i pomocni. Popieram akcje humanitarne, które docierają do Kijowa z zapasami żywności, lekarstw i opatrunków. Nie są to puste słowa – podobne paczki były wysyłane także z Poznania, więc mogę to potwierdzić. Nie rozumiem jednak, jaki cel mają akcje zmieniania zdjęć profilowych na Facebooku na czarne tło z ukraińską wstęgą, przesyłania łańcuszków i innych, które swoje miejsce mają jedynie w sieci. Znak solidarności? Ukrainie nie potrzeba znaków. Dlaczego zbliżyliśmy się do niej tylko wtedy, gdy przynosiło to profity, czyli podczas Euro 2012? Friends with benefits? Nawet jeśli macie w „znajomkach” mieszkańców Kijowa, to znikome prawdopodobieństwo, że zobaczą Wasze „wspierające” zdjęcia. Prawdopodobnie nie mają już dostępu do Internetu…
Całkowicie straciliśmy orientację polityczną. Boimy się Putina i tańczymy to, co nam zagra. Jednocześnie jednak bijemy go Janukowyczem, co w przyszłości może odbić się na naszą niekorzyść. Ceny gazu? Ukraińscy nielegalni imigranci? Włodarz Rosji na pewno coś wymyśli, ale podczas Igrzysk Olimpijskich mu nie wypada, bo musi odegrać rolę gospodarza tej imprezy.
Jest jeszcze druga kwestia. Jesteśmy narodem, dla którego historia jest wyznacznikiem ówczesnych stosunków międzynarodowych. Ciągle nie możemy zapomnieć Niemcom i Rosji roku 1939. Może warto by w tym miejscu także wspomnieć zbrodnie ukraińskich nacjonalistów na Polakach? Wszystko zaczęło się od Ukraińskiej Organizacji Wojskowej założonej w 1920 roku przez pułkownika Jehwena Konowalca. Dziewięć lat później powstała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. To ona entuzjastycznie witała wojska niemieckie w roku wybuchu wojny (ukraińskie dziewczęta miały wręczać kwiaty niemieckim żołnierzom). Do krwawych starć doszło w Wołyniu na przełomie zimy i wiosny w 1943 roku. Kresem była dopiero akcja „Wisła”. Celem Ukraińców była depolonizacja i oderwanie od Polski terenów walk.
Nie chodzi mi, broń Boże, o to, aby teraz odwracać się od Ukrainy i wypominać jej historyczną przeszłość. Apelowałabym raczej o konsekwencję w historycznych wspomnieniach i świadomość ówczesnej sceny politycznej. Jeśli możemy coś ofiarować sąsiadom, to niech to będzie minuta ciszy, modlitwa i pomoc materialna w odbudowie zniszczonego państwa. Z resztą Ukraina sobie poradzi. Zobaczmy, ile do naprawienia jest na naszym politycznym podwórku.
Continue Reading