Siostro, nie śpiewaj!

siostra
Siostra Cristina Scuccia podbiła serca widzów i internautów za sprawą brawurowego wykonania piosenki „No one” z repertuaru Alicii Keys w programie „The voice of Italy”. Entuzjazm nowych fanów rozrywkowej siostry zakonnej podziela także Watykan. Jako dobrzy szafarze różnorakiej łaski Bożej służcie sobie nawzajem tym darem, jaki każdy otrzymał”. 

Continue Reading

O mamusi, co synusia hodowała

Man and Woman Putting a Turkey in the Stove
„Gazeta Wyborcza” kolejny raz opublikowała list, który jest trochę jak kamień wrzucony do głębokiej wody – niby trafia na dno, a jednak wzburza, wywołuje konkretne reakcje. Oczywiście, mówiąc: dno nie mam na myśli poziomu intelektualnego czytelników Wyborczej. Bliższe wydają się terminy: grunt, grono odbiorcze. I właśnie o taką przestrzeń semantyczną mi chodziło, o taki „tłum, który tłumi i tłumaczy” jak u Barańczaka.

Nadawcą jest Pani Olga z Łodzi, która porusza temat współczesnego mężczyzny, choć w kontekście całego listu słowo „mężczyzna” jest określeniem bardzo na wyrost. Co ciekawe, winą za niedociągnięcia dzisiejszych dwudziestoparoletnich chłopców obarcza… Matki Polki. Według autorki to one same produkują facetów-kaleki, którzy są narażeni na śmierć głodową, podczas gdy mamusi nie ma w pobliżu, a żona leży na porodówce lub wyjechała w służbową podróż. I nagle wszyscy (a przynajmniej przeważająca część komentujących) dopomina się o… gender?

Nadawczyni listu uważa, że chorobliwa matczyna i babcina miłość zatruwa współczesne związki oraz opóźnia wejście w dorosłość. Przedstawia przy tym przerażające sceny z życia partnerskiego, kiedy to facet siedział z wywalonym jęzorem przed komputerem grając w Counter Strike’a, a mamusia na bieżąco dostarczała mu zupkę, kotlecik i soczek, nie zapominając o budyniu. W tym samym czasie na kanapie siedziała jego osamotniona dziewczyna, która z nudów przeglądała stare numery Focusa.

Ta sama dziewczyna, prawdopodobnie niczego jeszcze nieświadoma, proponuje chłopcu wspólne życie w wynajmowanym mieszkaniu. I tutaj zaczynają się schody, bo okazuje się, że podłogę trzeba umyć, kotlecik, zupkę i budyń przygotować, wcześniej płacąc w sklepie za składniki, a brudne ubrania same nie teleportują się do kosza. Brzmi strasznie, prawda?

Dalej autorka pisze: Chłopiec więc o obowiązkach w swoim nowym domu szybko zapomina, wkurzając się tylko na wiecznie podirytowaną i sfrustrowaną towarzyszkę życia, którą w zasadzie ostatecznie zawsze można zmienić, a w międzyczasie wrócić na łono rodziny i zasmakować znów w pełni matczynej miłości. W obliczu tego typu problemów, wspominanie o ekonomicznych aspektach funkcjonowania związku jest tylko formalnością. W ostateczności takie relacje się kończą lub są przedłużane na siłę. I rośnie wtedy taki chłopaczyna, który zmartwychwstaje (czyt. odchodzi od komputera) tylko na okoliczność niedzielnego obiadku u mamusi.

Nie o to jednak chodzi, by oceniać związek Sfrustrowanej z Niedojdą. Założenie, że wszystkiemu winne są mamy jest ciekawe, zwłaszcza w obliczu tezy, że każdy ma swój rozum. Jeszcze ciekawsze okazały się jednak opinie internautów pod tekstem. Zdecydowana większość opowiada się za wychowaniem „na wszelki wypadek”. W praktyce oznacza to, że każdy chłopiec powinien w dzieciństwie nauczyć się, jak przetrwać w kuchni na wypadek, gdyby żony nie było, zaś każda dziewczynka nie powinna stronić od drobnych napraw sprzętu użytku codziennego – lub chociaż mieć świadomość, kogo należy wówczas wezwać, a czego pod żadnym pozorem nie robić.

Nie byłoby w tym wszystkim nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszystko, o czym piszą komentujący to nic innego, jak elementy genderyzmu, o którym tak głośno i tak jadowicie w ostatnich miesiącach. Dopiero w takich warunkach można dostrzec zalety kontrowersyjnego nurtu. I dopiero teraz ja, autorka tego tekstu, pierwszy raz z pełną świadomością i odpowiedzialnością mówię: jestem zwolenniczką gender. Nie chodzi mi jednak o ten cały kabaret, który powstał wokół zagadnienia. Żadnych korzyści nie widzę bowiem w zakładaniu chłopcom sukienek, malowaniu ich twarzy oraz kupowaniu różowych młotków do zabawy. Nie oszukujmy się: to są rzeczy małe i głupie i to właśnie przez nie powstała cała afera wokół gender, bo gdy dochodzi do karmienia dzieci niezdrową ideologią (a takie idiotyczne zachowania sprowadzają naukę do ideologii), że nie ma różnic między dziewczynką a chłopcem, to wiedz, że coś się dzieje i nie jest to dobre.

Pomijam kwestie związane z planami nauczania dzieci masturbacji, bo wystarczy dwa razy przeczytać to na głos, by dostrzec absurdalność i niedorzeczność tego typu praktyk. Chciałam jednak zwrócić uwagę na to, że gender to nie odejście od naturalnego porządku świata (a więc niekwestionowanie biologicznych uwarunkowań fizjologicznych) a jedynie nowe spojrzenie na stereotypowe role płciowe. To właśnie złe pojmowanie ról płciowych (że miejsce kobiety jest w kuchni i pomiędzy stertami brudnych ubrań w pokoju) stwarza różne napięcia w związkach. Rodzą się niezdrowe przekonania, że obiad, pranie i porządek to zadania przeznaczone tylko i wyłącznie dla płci pięknej.

Nie chcę odgórnie i jednoznacznie rozstrzygać pewnych kwestii. Pragnę jednak zwrócić uwagę na to, że jest gender dobry i gender zły, lub że nie taki gender straszny, jak go malują, piszą i krzyczą. List Pani Olgi jest bardzo trafny, jednak nie do końca przekonuje mnie obarczanie winą jedynie matek. Bo gdzie był ojciec, podczas gdy mamusia zagłaskiwała synusia na śmierć przynosząc mu pod nos kotleciki, zupki, soczki i budynie?

Continue Reading

Życie ze schodami

s
Fundacja „Feniks” Anny Borowiak powstała po to, aby podać dłoń potrzebującym. Dociera z pomocą do osób dotkniętych różnymi chorobami, a także przynosi ulgę w cierpieniu tym, którzy znaleźli się w obliczu nieszczęśliwych sytuacji losowych. Jedną z podopiecznych Fundacji Anny Borowiak jest Beata  z Poznania. Kobieta długo musiała czekać na swoje pierwsze dziecko, bo aż 9 lat. Ale pojawił się Romek, a z Nim szczęście. Ale szczęście nie trwało długo. Beata miała wylew. Potem kolejny. Stała się osobą niepełnosprawną.
Continue Reading

Trudna miłość polsko-ukraińska

polska-ukraina

Kiedy w 2012 roku organizowaliśmy wraz z Ukraińcami Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, musieliśmy zmobilizować się optymalnie, aby w najlepszy sposób przyjąć do siebie światowej klasy piłkarzy, wyśmienite zespoły narodowe oraz ich kibiców. Wtedy nikt nie rozmieniał się na drobne. Fakt, że otrzymaliśmy zaszczyt i przywilej organizacji wydarzenia sportowego zobowiązywał do tego, aby pokazać się jak z najlepszej strony jako gospodarz imprezy. Opinie międzynarodowych krytyków od początku nie były przychylne. Polska oraz sąsiadująca z nią Ukraina nie należą do najbogatszych i najlepiej rozwiniętych gospodarczo krajów. Wbrew obawom krytyków Euro 2012 stanęło na światowym poziomie, a organizatorzy pozornie lub niepozornie dopięli wszystko na ostatni guzik. Wygraliśmy wielką grę, pomijając oczywiście poziom piłkarskiej reprezentacji.

 
Kiedy jednak dwa lata później gra przeniosła się z boisk na ulice, a zamiast potu leje się krew i łzy, nie chcemy być już tak blisko Ukrainy. Po co Tusk i Sikorski się w to wtrącają? – można przeczytać na forach internetowych.

Czy tak traktuje się partnera biznesowego? Euro 2012 było wielkim wyzwaniem. Dwa kraje, które na arenie międzynarodowej mają status raczej pazia, niż króla, musiały udźwignąć ciężar organizacji. Wiązało się to z ogromnymi kosztami. Trzeba było przystosować obiekty sportowe, drogi, komunikację, hotele, punkty gastronomiczne – przykłady można mnożyć. Historycznego sukcesu nie byłoby, gdyby nie maksymalne porozumienie i wzajemna mobilizacja zarówno nad Wisłą jak i nad Dnieprem.Dzisiaj, kiedy nasz partner od interesu znajduje się w potrzebie, wielu pyta o zasadność wspierania (głównie politycznego) naszych wschodnich sąsiadów. Na Radosława Sikorskiego, który podczas negocjacji powiedział oponentom, że albo podpiszą pokojowe porozumienie, albo będą martwi, spadła ogromna fala krytyki. Wynika ona przede wszystkim z niewiedzy, jeśli nie z obawy o własny tyłek.

Władymir Putin wypowiedział Ukrainie wojnę, eskalacja agresji jest coraz wyraźniejsza. W takiej sytuacji każdy oczekiwałby pomocy z zewnątrz, zwłaszcza, że kilkumiesięczne protesty na Majdanie pokazały, że nie Ukraina radzi sobie sama ze sobą. Czasem, kiedy można było zażegnać wzrastające napięcie, były Igrzyska Olimpijskie w Soczi, jednak wtedy zainteresowanie polityką zeszło na drugi plan na rzecz emocji sportowych. Zadziwiające jest to, że Polacy, którzy chyba w dalszym ciągu mają żal do Francuzów i Anglików o „dziwną wojnę” podczas agresji III Rzeszy, dziś nie potrafią wczuć się w sytuację Ukrainy.

Podczas II wojny światowej Anglia i Francja początkowo nie podejmowały działań na froncie zachodnim, co było odejściem od konwencji wojskowej sojuszu polsko-francuskiego (zobowiązującej sojusznika do ofensywy w ciągu piętnastu dni od ogłoszenia mobilizacji) i układu polsko-brytyjskiego z 25 sierpnia 1939 r. Było to ponadto sprzeczne z deklaracjami złożonymi przez Francuzów i Brytyjczyków polskiemu ministrowi spraw wojskowych Tadeuszowi Kasprzyckiemu podczas misji do Londynu i Paryża wiosną 1939 r. Czy mamy jakieś zobowiązania wobec Ukrainy? Tak, przemawiają za tym konkretne dokumenty oraz profil polityczny Unii Europejskiej, która w 2003 roku po raz pierwszy zaprezentowała dokument o działaniach związanych z Europejską Polityką Sąsiedztwa. Obowiązki wsparcia wypływają jednak przede wszystkim z przynależności do NATO. Organizacja powstała przecież w celu obrony militarnej przed Związkiem Radzieckim. Obecnie stanowi gwarant stabilizacji między Wschodem i Zachodem. Równowaga jak widać nie nastąpiła.

Inna sprawa, że wsparcie dla Ukrainy nabrało groteskowego wymiaru. O wirtualnych świeczkach i łańcuszkach pokoju nie będę pisać ponownie. Dodam jedynie, że takie e-wsparcie przeniosło się na salony. Słyszałam, że Bronisław Komorowski ostrzegał o zagrożeniu Polski w związku z sytuacją na Ukrainie. Na Twitterze, oczywiście.

Jeśli odpowiedź militarna ze strony NATO nastąpi, mamy gwarantowaną wojnę na skalę światową. Konflikt nie ominie również Polski, chociażby z powodów geograficznych. Dlatego w tych warunkach bierność jest niestosowna, zwłaszcza, że nie tak dawno byliśmy z Ukraińcami niejako przyjaciółmi z murawy. Nie wiadomo, czy sprawę da się rozwiązać dyplomatycznie, bo Putin to bezwzględny zawodnik. Nie jestem zwolennikiem interwencji militarnej, rozlewu krwi i rychłej wojny. Widzę jednak sens w takim sikorskim wtrącaniu się. Nie zostawiajmy Ukrainy samej sobie, bo wkrótce sami możemy potrzebować pomocy z zewnątrz. Stosunki międzynarodowe to coś więcej, niż kopanie piłki, ekscytacja przy kuflu w barze i zbieranie laurów za dobrą organizację.

Na lewo i na prawo – co nowego?
Continue Reading