Dlaczego media już skazały księdza Wojciecha Gila?

Ksi-25C4-2585dz-gil
Pedofilia w Kościele to temat bardzo drażliwy. Ofiary księży zarzucają zwierzchnikom Kościoła milczenie, bierność i przysłowiowe zamiatanie niewygodnej sprawy pod dywan. Księża zaś, zwłaszcza ci na najwyższych stanowiskach, zwykli dyskutować z mediami w sposób, jakby o niczym nie wiedzieli, przysparzając mediom wiele radości, bo taki brak stanowiska zostawia im pole do interpretacji i nie zawsze uzasadnionych ataków na Kościół. Jeszcze gorszą od udawanej niewiedzy jest tendencja do stawiania kuriozalnych hipotez, jak chociażby ta, którą postawił arcybiskup Michalik, jakoby dzieci z rozbitych rodzin same lgnęły do księży w poszukiwaniu miłości. Nie sposób rozstrzygnąć, która strona jest bliższa prawdy, ja bynajmniej tej kwestii rozstrzygać nie chcę. Chciałabym natomiast wyjąć żółty kartonik i pokazać go mediom, które nie pierwszy raz okazały się specjalistą do spraw ferowania wyroków.

Śledząc ostatnie wydarzenia nie dziwię się Kościołowi, że czuje się atakowany, zwłaszcza, że bombardowanie następuje ad personam. O księdzu Wojciechu Gilu usłyszałam pierwszy raz we wrześniu, przy czym była to mała wzmianka w artykule poświęconemu w całości innemu podejrzanemu o pedofilię – arcybiskupowi Józefowi Wesołowskiemu. Pierwsze pytanie: co się z nim teraz dzieje i dlaczego cała nagonka została skierowana w stronę Wojciecha Gila?

Papież Franciszek na dobre zaczął walkę z pedofilią, co w obliczu dotychczasowej działalności Kościoła zasługuje na pochwałę. Początek tej batalii nastąpił w momencie odwołania nuncjusza papieskiego z Dominikany, wspominanego wcześniej arcybiskupa Józefa Wesołowskiego. Po szumie spowodowanym nie oficjalnym wystąpieniem papieża, a teoriami wysnuwanymi przez media z prędkością strzałów karabinu maszynowego, abp Wesołowski zapadł się pod ziemię. Niektóre źródła, a mówiąc wprost media karaibskiej Dominikany spekulują (dlaczego bez powołania się na konkretne fakty?), że odwołany nuncjusz ukrywa się w Watykanie oczekując rozstrzygnięcia sprawy lub uciekł do sąsiedniego Haiti. Oczywiście opuścił Dominikanę zanim postawiono mu zarzuty, ucieczkę ułatwił mu Kościół Katolicki – cytując za Riggo Guido Pou z dominikańskiego forum na rzecz Świeckiego Państwa w Dominikanie (za: Newsweek 37/2013). 
W tym samym numerze Newsweeka czytam o księdzu Wojeciehu Gilu, michalicie sprowadzonym do Dominikany w ramach misji katolickiej. Według Riggo Guido Pou Wojciech Gil założył w Juncalito ośrodek dla młodzieży, która miała w nim szkolić się z zakresu ratownictwa i pożarnictwa. Nastolatkowie mieli możliwość wyjazdu z przestępczej Dominikany do Polski, tą możliwość gwarantował im właśnie michalita Wojciech Gil. Wyjazdy takie faktycznie odbywały się, młodzi szkolili się w TOPR i u krakowskich strażaków. Ten szczytny cel został nazwany w miedach nagrodą za milczenie i dobre sprawowanie. 
Według Newsweeka ksiądz Wojciech Gil uciekł z Dominikany z paszportem na inne nazwisko. W jego domu znaleziono narkotyki i pornografię. Prokurator generalny z Dominikany zamierzał wysłać za nim list gończy za pośrednictwem Interpolu. List taki został opublikowany na stronie Interpolu pod koniec września, zaś pierwszego października policji udało się zlokalizować miejsce jego pobytu. Nie został zatrzymany, bo list gończy, zwany czerwoną notą nie skutkuje aresztowaniem.  Dalsze działanie zależy już tylko od władz Dominikany, które mogły wydać wniosek o ekstradycję. Ten zapewne byłby odrzucony w myśl zasady, że Polscy obywatele są sądzeni w Polsce. Władze karaibskiego państwa nakazały duchownemu powrót i współpracę z dominikańskimi organami ścigania.
Jako że brak konkretnych dowodów w sprawie księdza Gila, a to, co dotąd wypowiedziane, opiera się na domysłach i spekulacjach, postanowiłam skonfrontować szeregi medialnych hipotez z wersją księdza Wojeciecha. Udzielił on wywiadu dla TVP Info. Oglądałam go w Internecie, potem jednak zakupiłam wersję drukowaną w Angorze (nr 41/2013), gdyż słowo pisane dłużej zapada w pamięci i łatwiej do niego powrócić.
Z rozmowy wynika, że głównym oskarżycielem księdza jest chłopiec o pseudonimie „Carlo”. Rozumiem, że domniemana ofiara pedofilii może kierować się wstydem, jednakże takie „bezimienne” oskarżenia” stały się podstawą burzy wokół duchownego, co zasługuje na wyjątkową naganę. Wystarczy porównać z molestowanym przez księży Polakiem, Marciem K., który niedawno napisał list do papieża. Oczywiście, użył on tylko inicjału nazwiska, jednak podjął się on założenia procesu cywilnego i pojawia się w mediach – co prawda z zasłoniętą twarzą – ale jednak z pełną odpowiedzialnością odpowiedzialności za własne słowa. „Carlo” jest jeszcze piętnastoletnim chłopcem, możemy spekulować, że „obraził się” na księdza Gila, gdyż nie dopuścił do jego wyjazdu do Polski. Właściwie zrobił to diakon, który uznał, że chłopiec jest nieodpowiedzialny: jako ministrant nierzetelnie spełniał swoje obowiązki.

Według „Carlo” ksiądz Gil zmuszał go do przebierania się w damską bieliznę, duchowny miał zaś się przy nim masturbować i zmuszać chłopca do tego samego, kilkakrotnie miało dojść do seksu analnego. Michalita z Polski miał mu grozić pistoletem przykładanym do głowy. Wojciech Gil komentuje te doniesienia. Według niego chłopiec może być kierowany przez inne osoby, wrogo nastawione do jego działalności we wsi. Nie jest bowiem tajemnicą, że walczył on z przestępczością narkotykową. Utworzył grupę Jedność Siła i Bezpieczeństwo, której programem pilotażowym było oczyszczenie wioski Juancalito. Te działania spodobały się władzom (dom michality był często odwiedzany przez wysokich rangą polityków i policjantów). Nie spodobały się zaś z pewnością ubogim mieszkańcom Dominikany, którzy w większości przypadków żyją z narkotyków. Wspomina on, że niejednokrotnie był w Dominikanie napadany, miał nóż przy szyi i pistolet przy głowie. Jego dom był przez miesiąc opuszczony, a dostęp do niego – także do sejfu – mieli niemalże wszyscy członkowie grupy antynarkotykowej. Przez miesiąc można podrzucić wszystko – relacjonuje ksiądz.
W Junancalito i innych biednych rejonach Dominikany powszechnie wiadomo, że dzieci były wykorzystywane do rozprowadzania narkotyków. Podejrzany o pedofilię duchowny wraz z członkami Jedności Siły i Bezpieczeństwa przeciął te szlaki, co mogło doprowadzić do całkowitego utracenia dochodów ludności żyjącej z nielegalnego handlu. To mogło poważnie zagrozić księdzu i przyczynić się do jego problemów. Nie trzeba bowiem dużej wiedzy i świadomości, aby stwierdzić, że gangi narkotykowe mają ogromną władzę, często przewyższającą nawet możliwości policji. Istnieje więc prawdopodobieństwo, że to zorganizowana grupa przestępcza „stoi” za oskarżeniem księdza. Być może zastraszyła ona „Carlo”, diakona i część ludności dominikańskiej, która teraz nie sprzyja Gilowi. 

Interesującym jest fakt, że do posiadłości księdza Gila nie wtargnęła policja, nie zakuła go w kajdanki i nie postawiła przed dominikańskim wymiarem sprawiedliwości. Doniesienia pojawiły się w momencie, gdy ksiądz przebywał w Polsce i miał już załatwiony samochód na lotnisko w Warszawie, przed wylotem na Dominikanę. Wtedy dowiedział się, że nie ma po co wracać, bo tam jest na niego wydany praktycznie wyrok śmierci… Nie powiedziano mu wprost, czego dotyczą oskarżenia. Dowiedział się tego dopiero po telefonicznej rozmowie z diakonem. Ten zaś twierdzi, że Gil zadzwonił z prośbą, by diakon wyniósł wszystkie rzeczy, które mogą go kompromitować, łącznie z komputerami, na dyskach których miały się znajdować materiały pornograficzne.
Materiały dowodowe zgromadzone w śledztwie nie zostały pokazane adwokatowi księdza. Usłyszał on, że są zabezpieczone i nie mogą ich udostępnić. Sam duchowny wyznaje, że widział je jedynie w Internecie i w prasie. Zagadką dla wszystkich, a przede wszystkim dla samego podejrzanego jest kwestia działania dominikańskiej prokuratury. Dlaczego nie poczekała ona, aż ksiądz wróci do Juancalito? Dlaczego nie zatrzymała go na lotnisku, nie zawiozła do domu i nie przeprowadziła rewizji przy jego udziale? Są to pytania, które ksiądz Gil sam chętnie by zadał prokuraturze w Santiago.
Media zgodnie uznały, że ksiądz się ukrywał przed ścigającą go sprawiedliwością. Nagłówki z gazet informowały nas: Ksiądz pedofil złapany u rodziców lub też przypisywały sobie zasługi: Gazeta X wytropiła księdza pedofila! Ukrywał się u rodziców! Lub niemalże zachęcały do linczu: Dorwać go! Okazuje się, że michalita wcale się nie ukrywał. Po prostu nie zgłosił się do prokuratury, bo takiego nakazu nie dostał. Przebywał u rodziny w Modlnicy pod Krakowem. Unikał za to mediów, czemu trudno się dziwić. One same przeprowadziły i nadal przeprowadzają swoje śledztwo i proces…
A przecież w Polsce i w innych państwach prawa istnieje zasada domniemania niewinności. Zasada ta jest przestrzegana w prawie krajowym danego państwa  oraz w prawie międzynarodowym. Gwarantują ją: Powszechna Deklaracja Praw Człowieka (art. 11 ust 1.), Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych (art. 14 ust. 2) oraz Konwencja Praw Człowieka (art. 6 ust. 2). Konstytucja RP w 42 artykule ustawy 3 mówi zaś jasno: Oskarżonego uważa się za niewinnego, dopóki wina jego nie zostanie udowodniona i stwierdzona prawomocnym wyrokiem (art. 5 § 1 k.p.k.) Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?
Na lewo i na prawo – co nowego?
Continue Reading

„Oczyma Palestynek” – publikacja poznańskiej autorki.

arbuz
Marcela Kościańczuk rok temu pojechała do Palestyny po to, by rozmawiać z kobietami, poznać ich problemy i radości, po to, by przedstawić realia okupacji, z jakimi Palestynki zmagają się każdego dnia. Efektem tej wyprawy jest książka „Oczyma Palestynek”, która stanowi analizę sytuacji Bliskiego Wschodu z perspektywy prywatnej, lokalnej, dowartościowującej głosy do tej pory niesłyszane. O swojej publikacji autorka opowiada w załączonym na końcu artykułu filmie. Wydawane przeze mnie publikacje są zwieńczeniem moich podróży badawczych, w których daję wyraz mojemu przekonaniu, że nauka powinna być przede wszystkim związana ze zmianą społeczną – pisze na swoim profilu badaczka.

Więcej o akcji tutaj.
Oczyma Palestynek” to publikacja wyjątkowa. Pokazuje obraz życia palestyńskich kobiet:  trudności, z jakimi muszą się zmierzyć w codzienności oraz niebezpieczeństw, jakie czyhają na nie, w związku z życiem na okupowanym terytorium. Przedstawia ona także funkcjonowanie kobiecej wspólnoty oraz wachlarz taktyk, jakie wykorzystują kobiety, w negocjacjach z realiami określonymi przez reguły stanowe czy klanowe. Wiele z kobiet, które spotkałam żyje w obozach dla uchodźców, w cieniu muru, na tak zwanej ziemi niczyjej. Inne walczą każdego dnia o uwolnienie ich bliskich z więzień – relacjonuje swoją wyprawę do Palestyny Marcela Kościańczuk.
Posłuchaj mnie, skończyłam 2 fakultety: prawo i socjologię, przez 14 lat pracowałam jako sekretarka ale nie podobało mi się to, kupiłam sklep i go wyposażałam.Ten sklep jest duży, ma około 100 metrów! Robię tu sok z grejpfrutów i granatów, do tego potrzeba siły, a ja mam martwy jeden mięsień w dłoni, popatrz  nie czuję nic w kciuku, Mam sprawne tylko 3 palce jednej ręki. Ale chcę to robić wbrew wszystkiemu – to historia jednej z Palestynek, która była bohaterką publikacji.
Zdjęcie zostało wykonane przez jedną z uczestniczek projektu. 
Książka Marceli Kościańczuk to nie tylko opowieści palestyńskich kobiet, ale także zdjęcia wykonane przez same bohaterki. Prosiłam kobiety o to by robiły zdjęcia. To nie było łatwe, bo aparat fotograficzny kojarzył im się z inwigilacją ze strony władz. Palestynki obawiały się też, że chcę im skraść prywatność.  Ja oczywiście w pewnym stopniu rozumiałam te obawy, na początku byłam kimś obcym, pochodzącym z innej kultury… Chciałam w jak największym stopniu okazać im szacunek. Bardzo ważne było dla mnie to, że to same kobiety robiły zdjęcia, to one same wybierały które kawałki swojego życia chcą mi pokazać. Ja im dawałam tylko ogólne wskazówki, prosiłam by robiły zdjęcia tego co jest dla nich ważne, a co według nich jest ważne dla mężczyzn z ich otoczenia. Prosiłam je też o to by fotografowały te miejsca, które uznają za bezpieczne i te, które są szczególnie zagrażające.

Marcela Kościańczuk, dr w Instytucie Kulturoznawstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu w swojej pracy ze studentami jest zainteresowana nie tylko teorią, ale także zmianą społeczną. Jej projekty naukowe są związane z pokazaniem skomplikowanych sytuacji ludzi, na różne sposoby wykluczanych. Autorka ukazuje jednak swoich rozmówców nie jako biedne ofiary.  Przeciwnie – wykazuje, że w bardzo trudnych warunkach osoby dyskryminowane potrafią odnaleźć różnorodne drogi do tego by na swój własny sposób wyrazić sprzeciw i opór wobec nierówności.

Zapytałam Marcelę o powód podjęcia tematu dość „orientalnego” z perspektywy Europejczyka mieszkającego w centrum Starego Kontynentu, gdzie prawa kobiet w mniejszym lub większym stopniu są respektowane:

Mój doktorat dotyczył Żydów mesjańskich (Żydów wierzących w mesjańskość Jezusa). To była bardzo specyficzna grupa religijna i kulturowa.   W ramach badań terenowych pierwszy raz pojechałam na kilka miesięcy do Izraela. Zatrzymałam się w religijnej kolebce Ziemi Świętej, w Jerozolimie. Tam zobaczyłam życie Palestyńczyków i Palestynek… ponieważ mieszkałam na starym mieście, otaczała mnie społeczność arabskich mieszkańców. Tak się złożyło, że byłam wolontariuszką w domu, w którym współpracowałam z Palestyńczykami, tak zaczęła się moja przygoda z tym tematem. Wiedziałam, że muszę wrócić, nie tylko do Jerozolimy, ale także do Palestyny, po to by opowiedzieć więcej na temat Palestynek. Widziałam bowiem, że kobiety palestyńskie są w szczególnie skomplikowanej sytuacji. Ten temat był interesujący dla mnie osobiście, ale także naukowo, ponieważ interesują mnie w mojej pracy badawczej mechanizmy związane z wykluczeniami  sprzężonymi  (na przykład takie zjawiska jako to, że jesteś wykluczona nie tylko dlatego, że jesteś muzułmanką,ale też ze względu na to, że twoja etniczność, czy orientacja seksualna jest mniejszościowa, czy nieprzychylnie postrzegana). Zobaczyłam ile w sytuacjach tych kobiet jest właśnie takich sprzężonych wykluczeń… To sprawiło, że zdecydowałam się na ten projekt.

A co publikacja zmieniła w życiu poznańskiej autorki?

Niekiedy, słuchając tych historii myślałam zarazem o nich jak i o sobie. Myślałam sobie, ile ja zrobiłam w czasie, kiedy one np. siedziały w więzieniu. Rozmawiałam z jedną kobietą, która była bardzo sfrustrowana, w czasie II Intifady: była uwięziona w domu, czuła się porzucona (z powodu bardzo trudnej sytuacji rodzinnej) i… pomyślała, że ma misję… że powinna zniszczyć wroga Palestyny. Skontaktowała się z jakąś organizacją i wyjechała do Tel Awiwu, z bombą w plecaku…ale jak już zobaczyła jak wygląda ten świat w Tel Awiwie  to zrozumiała, że wcale nie chce dokonywać zamachu, zobaczyła niemowlę w wózku, zobaczyła inne kobiety i pomyślała, że taka akcja terrorystyczna niczego nie zmieni. Oczywiście była naciskana przez ludzi z organizacji, ale zaparła się i odmówiła zdetonowania ładunku. Po 2 dniach została zamknięta w więzieniu i spędziła tam 7 lat. 
Kiedy mi to wszystko opowiadała myślałam o tym co ja w tym czasie robiłam: studiowałam, jeździłam na konferencje, pisałam mój doktorat, nawet część czasu byłam w Izraelu, może blisko jej więzienia. Ale wtedy o niej niczego nie wiedziałam. To było dla mnie uderzające. Pomyślałam, że nie mogę chować tej historii dla siebie, że w ogóle nie mogę tych historii nie wydać…
Dlaczego warto jest informować o tym projekcie?
Bardzo rzadko pokazuje się świat arabski, z perspektywy kobiet, a już niezwykle rzadko pojawiają się na polskim rynku publikacje, które chcą przekazać ten obraz świata, który przedstawiają same kobiety, które i tu i tam są niejednokrotnie schowane i milczące. Z czasem jednak zaczynają  mówić i to mówić bardzo ciekawie ,wtedy gdy znikają mężczyźni- w kuchni, przy wspólnym ucieraniu ciasta, w kobiecej wspólnocie. Zaczynają pokazywać swój świat, wtedy gdy nabierajązaufania i poczują bliskość.
 
Tak naprawdę to jest dla mnie bardzo ważne, by wieść o tym projekcie niosła się od domu, do domu, by była przekazywana z ust do ust. Chcę pokazać świat tych niezwykłych kobiet, pełnych kreatywności. Liczy się każda złotówka, która jest symbolicznym znakiem, że wspieramy Palestynki w ich uporze, w ich drodze do wywalczenia pokoju na Bliskim Wschodzie. W mojej książce pokazuję, że bardzo często kobiety mają zupełnie inną wizję walki o niepodległość niż ich mężowie czy bracia – mówi autorka książki.  Inaczej myślą o religii, tradycji, wspólnocie. Bardzo ważna jest dla nich kultura. Palestynki , które spotkałam, były bardzo ciekawe życia w Polsce. Wypytywały mnie o polską kuchnię, rodzinę, religię, zwyczaje. Widziałam mnóstwo analogii między ich sytuacją, a jeszcze nie tak dawną sytuacją polskich kobiet, stających w kilometrowych kolejkach by kupić coś do jedzenia rodzinie. Ta książka jest ważna, ale jest też ciekawa i dlatego warto rozpowszechniać informacje o niej.

A oto zapowiadany film:
 



Na lewo i na prawo – co nowego?
Continue Reading